Kreatywność w niekreatywnej pracy?

Jak sobie radzić, gdy praca którą wykonujesz nie jest kreatywna? W sumie ani trochę kreatywna. W swoim wyimaginowanym świecie widzę siebie od dawna w bardzo kreatywnym środowisku, jakbym miała siebie opisać tak w skrócie to: 100 pomysłów dziennie, idei do zrealizowania, z czego oczywiście realizuję może z 5 🙂 To i tak jest dużo. Nie wiem czy to znacie, ale ja mam w głowie taką ekscytację za każdym razem jak wpadnie mi do głowy jakiś pomysł. Często próbuję w pracy „zarażać” innych moim podejściem, ale zwykle widzę brak entuzjazmu. No bo jak to tak, coś więcej zrobić niż to co do mnie należy i jeszcze się z tego cieszyć? Tak bardzo nie lubię tego podejścia, że praca to praca i trzeba odbębnić to co do mnie należy, dlatego albo sobie znaduję jakieś miejsce dla siebie w danej organizacji, albo robię wszystko, żeby nie zatracić się w takim trybie roboty, zwykłej roboty – zakasać rękawy i robić. Och, to nie ja.


Jak sobie radzić z pracą w niekreatywnym środowisku, żeby swojej kreatywności nie zabić?

Przez dłuższy czas pracowałam w korporacji, w dziale księgowości. No cóż, kreatywnie księgować to nie za bardzo się da, jednak korpo zwykle daje trochę możliwości na rzeczy dodatkowe. I to one mnie właściwie tam trzymały. Na początku przez jakiś czas prowadziłam szkolenia z komunikacji z klientem, po jakimś czasie zapisałam się na szkolenie z programowania w VBA i od czasu do czasu postanawiałam jakieś pliki w pracy udoskonalić, żeby praca była ciekawsza i szybciej mi mijał czas. Jak się natrafiła okazja, to pojechałam na dobrych kilka miesięcy do Finlandii, gdzie mogłam pracować w trochę bardziej międzynarodowym środowisku. No ale…. w pewnym momencie przydażyła nam się wyprowadzka za granicę. Moja pierwsza praca nie była w korporacji (och, pamiętaj, że jeśli teraz tak bardzo narzekasz na korpo, zatrudnij się na chwilę w mikro firmie, to się przekonasz, jak Twoja obecna praca jest pełna zalet! Wiem co mowię!), tylko…. w małej firmie budowlanej. Hmm, branża, o której nie miałam pojęcia i za bardzo nawet nie chciałam mieć pojęcia. Pracy było bardzo dużo, nawet jeszcze dla dodatkowej osoby by wystarczyło. Jak to w małych firmach, wszystko trzeba było ogarniać. Dlatego też czasu ani miejsca na kreatywność nie było ani trochę. Niestety takie środowisko trochę mnie spłaszczyło, o kreatywności już nie wspominając. Jednak praca tam nie trwała długo i zaczęłam pracować znów w dużej firmie. Niestety możliwości na angażowanie się w dodatkowe „akcje” już nie mam, to akurat przez moją formę zatrudnienia (może kiedyś o tym napiszę). No ale nie znaczy to, że nic się nie da. Da się i to bardzo wiele. Moja praca głównie odbywa się przy komputerze, klawiatura i monitor, to to co zajmuje mnie najbardziej. A to oznacza, że mogę w tym czasie czegoś słuchać. Można oczywiście słuchać i uczestniczyć w dyskusjach w biurze (czasem i owszem całkiem ciekawe, ale dla mnie mimo wszystko dość rzadko). Aby mieć poczucie niezmarnowania czasu na słuchaniu przedziwnych opowieści, ja słucham podcastów, a czasem audiobooków. Czy to jakiś ciekawy wywiad, czy to pogadanka o oszczędzaniu pieniędzy, czy o marketingu internetowym. Zawsze coś ciekawego mi wpadnie z takich słuchowisk. W dodatku mam wrażenie, że takie zajęcie słuchu dodatkowo wspomaga moje chęci i kreatywność. Jeśli tylko macie taką pracę, w której wasz słuch nie jest zajęty, to serdecznie polecam. Na pewno znajdziecie jakiś temat, który akurat was interesuje, czy to naukowy, czy rozrywkowy, czy po prostu jakieś ciekawe wywiady.
Oczywiście jeśli tylko macie taką możliwość np. w dużej firmie, to próbujcie angażować się w dodatkowe akcje, nie dość, że można poznać ciekawych ludzi, to jeszcze coś dla siebie zyskać, jakieś ciekawe doświadczenie albo po prostu urozmaicenie dnia pracy.

Poniżej znajdziecie listę 5 najciekawszych kanałów z podcastami, których regularnie słucham:

1. Więcej niż oszczędzanie pieniędzy

2. Włodek Markowicz On Air

3. Więcej niż zdrowe odżywianie

4. Monocycle with Leandra Medine

5. BBC 6 Minute Grammar

Powyżej na zdjęciu jeszcze książka pt. „Craft a life you love” napisana przez bardzo kreatywną Amy Tangerine (wszystkie scrapujące osoby na pewno ją znają), która mi ostatnio dość często towarzyszy, a jej podejście jest właśnie dość ciekawe. Na pewno zgadzam się z nią w tym, że w każdej pracy możemy zdobyć ciekawe doświadczenie, jeśli tylko od siebie też sporo damy.

A Wy zajmuciecie jakoś swój słuch w pracy niekoniecznie kreatywnej? A może macie jakieś kreatywne zajęcie na codzień i ten problem Was nie dotyczy?

 

Mój pokój kreatywny

Jak zorganizować swój pokój kreatywny?

Odkąd trochę czasu poświęcam na swoje hobby związane ze scrapbookingiem, czy kartkami okolicznościowymi, czy też szyciem, marzył mi się mój własny kąt, gdzie będę mogła się zaszyć(!), gdzie będzie wygodnie i gdzie też moje wszystkie maszyny i sprzęty się zmieszczą. Na początku moich przygód z papierowym hobby, było to dość ograniczone, bo mieszkaliśmy wtedy w kawalerce, więc miałam tylko jedną półkę w szafce kuchennej, gdzie chowałam swoje rzeczy, a jak chciałam coś zrobić, to je wyciągałam. Później nawet sprawiłam sobie małą szafeczkę, no ale miejsca więcej nie było.

W kolejnym mieszkaniu, już w Niemczech miałam trochę więcej miejsca do zajęcia, bo wszystkie wolne kąty w salonie były zajęte przez moje różne rzeczy. To wtedy też zaczęłam szyć i wtedy też kupiłam Silhouette Cameo. O tym czy warto je kupić możecie przeczytać tutaj.

Niedawno przeprowadziliśmy się do domku i dzięki temu mam tam miejsce na swój pokój kreatywny. Oczywiscie jak są u nas goście, to ta przestrzeń zamienia się w pokój gościnny 🙂 jednak poza takimi sytuacjami służy przede wszystkim mi.

Pokój jest w kształcie prostokątu. Początkowo poustawiałam meble po dwóch przeciwnych stronach pod ścianami i tyle, bo jednak inne pokoje miały większy priorytet, jeśli chodzi o umeblowanie / organizację, co szybko okazało się nie być najbardziej optymalne.

Centrum wszystkiego, czyli biurko

Do moich hobby porządne, a przede wszystkim duże biurko to podstawa i to jemu poświęcę dość sporo uwagi.

Po różnych przestawianiach, ustawianiach i rozkminkach, „zbudowaliśmy” dla mnie nowe biurko. Bardzo duże biurko. Składa się ono z dwóch blatów z IKEA oraz szafek Alex. Blaty są pod spodem połączone metalowymi łączeniami, bo chciałam mieć bardzo duże biurko narożne (nawet te narożne, które aktualnie są do kupienia nie są tak duże!). Na blacie po prawej stronie, czyli tym największym na stałe mam na razie postawiony mój Overlock (jednak to zamierzam zmienić, i raczej overlock jak tylko dostanę jakiś fajny podkrowiec bądź pokrywę, to także z biurka zniknie) oraz gilotyna. Gilotyna się przydaje od czasu do czasu i na wierzchu, to jest miejsce idealne. Blat ten  jest na tyle duży i stabilny, że mogę na nim wycinać, kopiować wykroje (nie robiąc tego już na podlodze!), ale też sobie różne rzeczy na tyle wygodnie rozkładać, że mi nie zawadzają. Dodatkowo z zewnętrznej strony biurka, po prawej stronie przymocowaliśmy taką krótką półkę, na której trzymam wszystkie podkładki do wycinania, matę do bigowania itp. Fajnie te rzeczy mieć w miarę na wierzchu, ale też w miarę uporządkowane.

Szuflady Alex, które są po prawej i lewej to rozwiązanie idealnie. Szuflady są bardzo pojemne, pomieściły praktycznie wszystko co chciałam i jeszcze trochę wolnej przestrzeni pozostało.

Na trzecim najmniejszym blacie, który znajduje się z lewej strony biurka, stoi tylko Silhouette Cameo, pod nim natomiast w pokrowcu schowana jest maszyna do szycia.

Dodatkowo nad biurkiem zawiesilam sobie półkę, a nad drugim blatem trzy ramki, do których włożyłam różne grafiki z magazynu Flow, który uwielbiam.

Kanapa, wersalka taka zwykła

Mój mąż nie mógł się nadziwić, że taką kanapę wybrałam do swojego pokoju. Jednak ja pamietałam nie tylko o sobie, ale także o gościach, którzy według mnie też powinni we w miarę znośnych warunkach móc się wyspać. Dodatkowo z ładną turkusową narzutą oraz kolorowymi poduszkami całkiem nieźle ta kanapa się prezentuje.

Nad nią zawiesiłam dwie ramki, do jednej ramki włożyłam napis wycięty na Silhouette Cameo z tłem strukturalnym, a do drugiej przyczepiłam materiał, dokladnie taki sam, z jakiego uszyta jest jedna z poszewek na poduszki.

Szafka „lodówka”

Pod samym oknem stoi jeszcze jedna szafka, bardzo przeze mnie nielubiana i przezywana przez nas jako „lodówka”. Na razie jest tam, ale mam nadzieje, ze za jakiś czas już jej nie będzie.

Kwadraty, które ma każdy

Mam i ja. Dokładnie takie kwadraty, czasem 8 czasem 16 a czasem jeszcze większe znajdzie się chyba w wiekszości pokoi kreatywnych, które widuję w sieci.

U mnie jest to półka na owieczki oraz regał na książki i szuflady na przydasie do scrapbookingu.

Obok kwadratów stoi manekin oraz wieszak na kółkach z miękkimi półeczkami. Tam głównie trzymam materiały do szycia oraz ewentualnie już gotowe ubrania.

Nagrałam także filmik z mojego pokoju, który możecie zobaczyć na moim kanale na Youtubie.

Tak się prezentuje mój pokój kreatywny na chwilę obecną. Ja jestem z niego w takim ustawieniu bardzo zadowolona, oczywiście jak to zwykle bywa planuję jeszcze kilka kosmetycznych zmian, ale to dopiero za jakiś czas. A Wam jak się podoba? I jak wyglądają Wasze pokoje kreatywne?

 

Czy warto jeździć tam gdzie dla nas tanio?

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby napisać coś o moich różnych przemyśleniach. Często je mam pod wpływem czegoś np. filmu, zdjęcia, zachowania, czegokolwiek. Zdarza się to u mnie praktycznie non stop i dlatego mam niekończące się wrażenie, że w mojej głowie przemyślenia się kotłują. A może by tak się nimi podzielić?
 

Calkiem niedawno obserwowana przeze mnie aniamaluje zamieściła takie zdjęcie na Instagramie: tutaj

Pod nim dodała komentarz, który możecie pod zdjęciem przeczytać. Co mnie zaintrygowało to zdanie: „Dla przykładu – życzęe wszystkim dobrze, ale świat w którym minimalna na Ukrainie to jakieś 50 euro miesięcznie jest mi wyjątkowo na rękę. Bo tanio. Więc życzę wszystkim dobrze, czy może jest mi dobrze kiedy innym jest źle?” Zresztą najlepiej przeczytajcie całość i komentarze również (w tym mój!)

 

Opowiastka z czasów dawnych, bardzo dawnych

 

Ja też byłam we Lwowie, co prawda było to jak dobrze umiejscawiam w czasie, w 2005 roku, więc już ponad 12 lat temu. Myślę, że sporo od tego czasu mogło się zmienić. Jednak wtedy relacja cen na Ukrainie do cen polskich też była dla nas bardzo na korzyść. Nawet przy bardzo, bardzo skromnym budżecie studenckim nie myślałam za bardzo gdzie chodzę zjeść czy ile będzie kosztował gdzieś wstęp. Wtedy mi to bardzo pasowało i przypuszczam, że teraz też by to było super. Bo jednak łatwiej jest nie zastanawiać się co chwilę czy mogę sobie pozwolić na obiad w takiej restauracji czy jednak szukać jakiejś budki z tanim jedzeniem. Ja akurat będąc tam, miałam okazję również poznać studentów z politechniki we Lwowie i z nimi rozmawiać na różne tematy. Zadziwiające były dla nas sytuacje, kiedy chcieliśmy wejść na Cmentarz Łyczakowski, a nasi koledzy powiedzieli, że wstęp jest drogi i nie chcą tyle płacić. Bardzo podobna sytuacja miała miejsce przy okazji wieczornego wejścia do klubu. Już nie pamiętam dokładnie cen (było to zbyt dawno), natomiast dla mnie wydawało się to groszowym kosztem, a dla nich mogło to być dość sporym wydatkiem. Obecnie wartość waluty ukraińskiej bardzo spadła, dlatego ceny dla Polaków są bardzo atrakcyjne. Niestety im dla nas taniej, tym gorsza sytuacja finansowa mieszkańców. Na tym niestety polegają problemy z kursami walut. Wszystko co jest sprowadzane na Ukraine będzie kosztować i tak tyle samo co na tzw. zachodzie. Różnica polega na tym, że człowiek który chce kupić sobie iphona w powiedzmy Szwecji będzie musiał pracować na niego może kilka dni, a jego odpowiednik na Ukrainie np. parę miesięcy. Znana jest nam ta różnica, bo w Polsce też trochę dłużej trzeba się natrudzić niż w Szwecji, ale jednak krócej niż na Ukrainie.

 

Współczuć i zostać w domu? Czy jechać i wspierać lokalną turystykę?

 

Wtedy właśnie pojawia się pytanie czy to dobrze, że tak chętnie jedziemy tam gdzie dla nas tanio, ale trochę przykro nam się robi jak się dowiadujemy jakie zarobki mają mieszkańcy danego kraju. W sumie dzięki turystyce część osób jest w stanie zarobić lokalnie i to jest na pewno dobre, bo dlaczego tego nie wspierać. Nawet idąc tym tokiem rozumowania dalej, firmy zagraniczne, które zatrudniają ludzi na miejscu wcale też nie są aż takie złe, jak to zwykle media przedstawiają. Dzięki takim czy innym pracodawcom są miejsca pracy. Trochę w temacie polecam do przeczytania książkę, reportaż „Tytul, tytul” o szwalniach w Bangladeszu, gdzie jest poruszona między innymi kwestia tworzenia miejsc pracy. Niezbyt gruba, bardzo ciekawie napisana, relacja z miejsca owianego tyloma opowieściami, mitami. Po jej przeczytaniu to dopiero dużo miałam przemyśleń.

 

Przeprawa przez granicę, tego przeżycia nie da się wymazać z pamięci

 

Dodatkowo jeszcze wracając do tematu Ukrainy, ta wycieczka mi tak bardzo zapadła w pamięć, bo samą podróż odbywałam na kilka etapów. Najpierw pociągiem do Przemyśla, później autobusem albo busem do granicy, następnie przejście na piechotę przez granicę. I to był mój pierwszy styk z Ukrainą. Jeszcze po polskiej stronie na targu, gdzie tak bardzo dużo osób miało na sprzedaż papierosy oraz alkohol. Nie wiem czy nadal taki targ istnieje, zapadł mi w pamięć na dobre. Następnie przesiadka na busa po stronie ukraińskiej, który wyglądał jak jeszcze z poprzedniej epoki, a dziury w drodze jak nigdzie indziej J Powrót do Polski, to dopiero była przygoda. Przejście na piechotę z powrotem, to była bardzo, bardzo długaśna kolejka ludzi (często tzw. mrówek), na dobrych kilka godzin. Na szczęście jak powiedzieliśmy strażnikowi, że jesteśmy studentami, to nas przepuścili na sam początek J co nie znaczy, że poszło gładko, bo celnikowi coś się nie spodobał mój paszport i musiałam poczekać na jakieś dodatkowe sprawdzanie. Eh. Co przeżyłam to moje, i jak widzicie bardzo zapadło mi w pamięć. Później te wielkie kontrasty, gdzie studenci, których poznałam niejednokrotnie lepiej byli ubrani od nas, mieli fajniejszy sprzęt, czy nawet samochody, a żal im było groszówek na wejsciówkę. Wiem, że to jest bardzo powierzchowna ocena, bo pewnie musiałabym spędzić z nimi sporo czasu, żeby może choć trochę zrozumieć jak to wygląda z ich strony.

 

Z perpektywy zachodniej

 

Na koniec mam jeszcze takie przemyślenie, że niekoniecznie to co nam się wydaje, że jest złe na pierwszy rzut oka, bo np. łatwą reką wydajemy pieniądze w miejscu, gdzie naprawdę długo trzeba się napracować, żeby tyle zarobić, to niekoniecznie jest tym złem. Dzięki temu ktoś ma pracę, może lokalnie się jakoś utrzymać. Wspieranie lokalnych inicjatyw i lokalnych biznesów jest dobre samo w sobie. I wiem, że to jest tak, że ludzie „zachodu” przyjeżdżają w różne miejsca i mówią o łamaniu różnych praw i innych takich (vide książka o Bangladeszu), a lokalni ludzie martwią się o to, czy będą mieli jeszcze pracę, bo jeśli nie, to niewiadomo co będą zmuszeni robić, żeby przeżyć.. I może jednak te wydane więcej w restauracji, czy większy napiwek dla kelnera niż nam się wydaje aż taki zły nie będzie 🙂

 

Jak szukać pracy w Niemczech?

Jak przeprowadziłam się do Niemiec, mając już trochę lat doświadczenia zawodowego w Polsce, byłam pewna, że ze znalezieniem pracy nie powinnam mieć większego problemu. Wiedziałam, że brak lub nie najlepsza znajomość języka może stanowić przeszkodę, ale miałam wrażenie, że jest tak dużo firm międzynarodowych, gdzie językiem używanym w pracy jest język angielski, że tylko trochę wytrwałości i coś się znajdzie. Jak widać moje nastawienie było mega optymistyczne (i w sumie dobrze, dlaczego się od razu stresować). Niestety nie wzięłam pod uwagę jednego, że nie mam super poszukiwanego zawodu (z wyksztalcenia jestem HRowcem, a pracowałam w księgowości i akurat i do jednego i do drugiego dobra znajomość niemieckiego jest niemalże konieczna, co ciekawe nawet w firmach, w których język angielski jest jako pierwszy język), dlatego moje szanse są od razu na starcie mniejsze.

Jednak mimo wszystko nie zrażając się aż tak bardzo, zaczęłam wysylac cv do różnych firm, ale jednak zaproszeń na rozmowy kwalifikacyjne było bardzo niewiele. Wtedy też zapisałam się od razu na intesywny kurs językowy, żeby jednak trochę nadgonić. Uczyłam się niemieckiego jeszcze w czasach liceum i studiów, jednak nigdy się tak naprawdę nie nauczyłam. W tym czasie popełniałam podstawowy błąd, bo wysyłałam najczęściej tylko cv i list motywacyjny. Poczytałam sobie o tym trochę wcześniej na różnych stronach internetowych jak aplikować o pracę w Niemczech i stwierdziłam, że jakoś super ten proces się nie różni od procesu starań o pracę w Polsce. I tu zonk, bo niby na pierwszy rzut oka wygląda bardzo podobnie, bo wymagane jest cv i list motywacyjny, ale jednocześnie wszystko ma trochę inną formę. O dokumentach napiszę jeszcze w najbliższym czasie, bo to jest dość ważny temat.

Wracając jednak do moich przygód z poszukiwaniem pracy, moje założenie było takie, że nie chcę iść do pierwszej lepszej pracy, która się nadaży (suma sumarum do właśnie takiej pracy, pierwszej lepszej która się trafiła poszłam w końcu i niezbyt dobrze się to dla mnie zakończyło), żeby np. nie pracować w sklepie itp. Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Wysyłałam więc zgłoszenia głównie do firm zagranicznych lub z językiem angielskim. Jednak nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ja nie jestem jedyna (ciekawe :)) i że wsród obcokrajowców, to są najbardziej popularne miejsca do aplikowania, co znaczy, że firmy toną w dokumentach.

Po jakimś czasie jednak poszłam na jedną rozmowę, później na kolejną i jakoś trochę nabierałam doświadczenia. Nie były to jeszcze rozmowy, po których dostałam propozycje pracy, ale ja chciałam zdobyć doświadczenie w rozmowach kwalifikacyjnych. To akurat bardzo ważne, i nawet jak nie bardzo mnie interesowała praca, to szłam na rozmowę tak czy siak. Po którejś z kolei zauważycie pewien schemat, który obowiązuje.

W końcu pracę dostałam, i to akurat bez poszukiwania, bo można powiedzieć, że to praca znalazła mnie. Jednak kolejną znalazłam już ja sama, po dość krótkim, ale intensywnym czasie poszukiwania.

Wiadomo ile ludzi tyle doświadczeń, dlatego każdy będzie miał w sumie swoją osobną historię.

Podsumowując nasuwa mi się kilka wniosków:

1. Chodź na rozmowy kwalifikacyjne. Nawet jeśli pracy faktycznie byś nie chciała przyjąć, to warto ze względu na trening w rozmowach..

2. Nie zrażaj się od razu do tego, że część ofert jest tylko od firm zewnętrznych (tzn. zatrudnia was firma X, a pracować będziecie w firmie Y). O tym jeszcze muszę kiedyś szerzej napisać, bo temat leasingu pracowników w Niemczech jest dużo bardziej rozwinięty. Jest to często szansa na dostanie się do dużych firm, do których samemu może ciężko się przebić.

3. Na rozmowę się przygotuj dokładnie. Tu trzeba zaznaczyć, że trzeba znać bardzo dobrze swoje cv (to jest chyba oczywiste), pamiętać co się pisało w liście motywacyjnym czy też choć trochę wiedzieć na temat firmy. Dobrze też się zapoznać z opisem stanowiska pracy (ja raz tego nie zrobiłam i musiałam świecić oczami, co oczywiście zakończyło się dla mnie niepowodzeniem na mojej pierwszej rozmowie).

4. Pisz zawsze list motywacyjny. Zawsze! CV bez listu w ogóle nie ma racji bytu, a najlepiej to pamiętaj o dokumentach, które potwierdzają twoje doświadczenie i kwalifikacje.

5. Unikaj raczej polskich firm. Ja to akurat piszę z własnego doświadczenia, niekoniecznie dobrego. Oczywiście wszystko zależy od danej sytuacji, na pewno są też osoby, które mają super doświadczenie z polskimi firmami. W moim przypadku to się nie sprawdziło i tyle. Poza tym juz tak zdrowo rozsądkowo patrząc, to praca w polskiej firmie patrząc na dalszy rozwój kariery (jeśli będziecie chcieli ją kontynuować w Niemczech), niekoniecznie będzie super punktem potwierdzającym doświadczenie w pracy w Niemczech w cv.

Jeśli akurat tutaj trafiłaś, bo właśnie poszukujesz pracy w Niemczech, napisz mi o swoich doświadczeniach i uwagach. Z mojej strony natomiast będzie jeszcze kilka takich wpisów z serii jak szukać pracy za naszą zachodnią granicą.

Bullet Journal, czy to w ogóle ma sens?

Bullet journal czy to w ogóle ma sens?

Do różnych nowinek technologicznych podchodzę super hurra optymistycznie.

Jednak jeśli chodzi o temat planowania jakkolwiek „zorganizowanego” to podchodzę do tego z bardzo dużą rezerwą, tak jakoś zwykle czuję, że to po prostu przerost formy nad treścią (albo bardziej mój brak wiary w takie narzędzia). Z drugiej strony trochę we mnie kreatywności chyba siedzi, bo jakby nie było coś od czasu do czasu „tworzę”. No a skoro różne kreatywne blogi śledzę na bieżąco, tak też natrafiłam na Bullet Journal. No i zobaczyłam udostępniane zdjęcia na Instagramie z różnymi planami na tydzień, miesiąc itd. i w dodatku bardzo ładnie ozdobionymi. Mimo wszystko pomyślałam wtedy: OK fajne, ale nie bardzo mi akurat potrzebne (ale czy na pewno?).

bujo-1

Moje planowanie

Jakby tak się zastanowić, to każdy w jakimś sensie planuje. Jedni będą robić zapiski w notesie, kalendarzu, inni będą robić sobie taką listę online lub w jakiejś aplikacji. Jeszcze inni nie będą zapisywać nic, a mimo wszystko je realizować(!). Będą także osoby, które są w stanie kupić sobie bardzo ładne „narzędzia” do planowania, już na samym początku. U mnie do dnia dzisiejszego był taki ogólnoplanowy free style. Część ważnych terminów miałam zapisanych w telefonie, z przypomnieniem, część jakichś list również w telefonie miałam jako notatki. Czasem zdarzało mi się coś zapisać na karteczkach różnych (lubiących się gubić). Czułam jednak taki ogólny chaos, z mniej więcej zarysem tego co np. mam w danym dniu czy tygodniu do zrobienia. Coś mnie w końcu tknęło i pomyślałam, że może jednak mogłabym jakoś lekko przynajmniej ogarnąć moje wszystkie zadania, plany, ale też i pomysły. Wielokrotnie to właśnie z tymi ostatnimi mam problem, bo wpada mi całkiem sporo pomysłów do głowy, ale bardzo rzadko je zapisuję, a co za tym idzie całkowicie o nich zapominam.

Z drugiej strony bardzo lubię tak od czasu do czasu się wyżyć kreatywnie, niekoniecznie publikując te rzeczy gdziekolwiek. Wtedy właśnie pomyślałam o Bullet Journalu, jako o miejscu które może być dla mnie połączeniem tego wszystkiego.

bujo-2

Bullet Journalowe rozeznanie

Czując ten ogólny chaos w moich planach postanowiłam rozeznać temat. Wsród blogerek jest to temat niezmiernie popularny chyba, tak mi się przynajmniej wydaje, bo znalazłam co najmniej kilka(naście) wpisów o Bullet Journalu. Poniżej moja skrótowa interpretacja o co w tym wszystkim chodzi.

Bullet Journal: jest to dziennik czy planer w całkowicie dowolnej formie, dla którego charakterystyczne jest spisywanie bardzo skrótowych myśli/ zadań/ tematów (z angielskiego bullet points). Potrzebujemy do tego tylko coś do pisania oraz jakiś zeszyt i tyle. Naprawdę! Reszta to kwestia naszej wyobraźni. Inspiracji w necie znajdziecie sporo, jednak ja nie bardzo chcę się inspirować. U mnie na razie plan jest taki, żeby mieć listę (log) spraw/ zadań na cały rok (takie ogólne sprawy, które na pewno będą miały miejsce, i o których warto pamiętać), trochę bardziej konkretnie będzie wyglądała moja lista na cały miesiąc i później na tydzień. Postanowiłam też dodatkowo planować sobie posiłki (trochę po to, żeby bardziej ogarniać jakie produkty aktualnie w lodówce mam i co mogę z tego zrobić), a także moja garderoba (bo szyję, więc często potrzebuję robić sobie takie burze mózgów co mi się podoba, co do ubrania by mi się przydało itd.). Aha i przy moich tygodniowych i dziennych planach zostawię sobie też miejsce na luźne pomysły /przemyślenia. Jak będę miała ochotę to coś dorysuję, ale ogólnie plan jest taki, żeby zbyt wiele czasu mi to nie zajmowało 🙂 W końcu to tylko planowanie.

Aha! Ja zaczynam od zwykłego notesu w kratkę, który już mam od jakiegoś czasu i mam w nim też zapisanych kilka kartek + mam też taki bardzo cienko piszący cienkopis, którym się przyjemnie pisze.

bujo-3

Zamiary

Mój cel jest dość prosty, chcę żeby nie zajmowało mi uzupełnianie Bullet Journala niewiadomo jak dużo czasu. Rano przed wyjściem do pracy poświęcę na niego kilka minut i wieczorem jak będę szła spać, to też kilka minut poświęcę. I tyle. Mam nadzieję, że realizacja moich różnych planów i zadań będzie choć trochę efektywniejsza, a nie że będzie to planowanie dla samego planowania.Tego bym bardzo nie chciała. Jak coś z tego wyjdzie ciekawego, to obiecuję Wam o tym napisać. A póki co możecie obserwować mnie na moim Instagramie, tam od czasu do czasu będę umieszczać inspiracyjne zdjęcia z moich poczynań.

Zaczarowana video

Jakiś czas temu zaczęłam nagrywać filmiki. Ostatnio tak mnie to bardzo pochłonęło, że właściwie ciągle o tym myślę, co by można ciekawego nagrać, a co by się nadawało na mój mini kanał na Youtube’ie.

Jednak dzisiaj nie o moim kanale, a o tym, dlaczego zaczęłam oglądać Youtube. Nie wiem jak Wy, ale ja jeszcze jakiś czas temu uważałam Youtube za zbiór głupkowatych filmików, plus ewentualnie jakąś muzykę do posłuchania albo recenzje sprzętu. I właściwie tyle. Jakoś nawet nie wpadłam na to, że w ciągu ostatnich 5ciu może 6ciu lat, tak dużo się zmieniło, a Youtube to zbiór całkiem wartościowych treści, jeśli wiecie czego szukać.

Właśnie z tego powodu chcę Wam przedstawić kilka kanałów, które subskrybuję i regularnie oglądam. Wydaje mi się, że na początek warto mieć jakiś punkt zaczepienia, może kilka kanałów, które mogą się okazać dla Was wartościowe. Problem jak dla mnie, tak jak w sumie z blogami, jest taki, że wszelkie zestawienia ciekawych polskich Youtuberów, do mnie nie do końca przemawiają. Także jeśli interesuje Was moda, nauka czy ciekawe złożone filmy, to może z mojej listy coś ciekawego dla Was też się znajdzie.

Na poczatek oczywiscie Radzka i jej seria o sylwetkach (to właśnie od tej serii zaczęłam ją obserwować), ale też inspiracje każdego miesiąca czy seria o ikonach mody.

W temacie mody polecam także anglojęzyczny kanał Mimi Ikonn. To u niej można znaleźć bardzo ciekawą teorię dobierania kolorów do cery. W sumie po raz pierwszy to od niej nauczyłam się w jaki sposób znaleźć „swoje” kolory. Poza tym Mimi jest dla mnie mega inspirująca, podróżuje sporo po świecie  oraz ma bardzo ciekawe przemyślenia dotyczące różnych życiowych tematów, którymi chętnie dzieli się na swoim kanale.

 

Jeśli chodzi jeszcze o modę, a bardziej o szycie, to szczerze polecam kanał Co za szycie. Ruda, która go prowadzi to mega energetyczna osoba i naprawdę może Was wkręcić w szycie. Dzięki niej zdołałam doprowadzić do końca moje pierwsze szyciowe projekty, wiedząc że nie wszystko musi być idealne.

 

W temacie bajkowym obserwuję natomiast kanał Owieczki Shaun. Bardzo często dodawane są króciutkie filmiki z nowymi przygodami owieczek, tworzone techniką animacji tradycyjnej. A to mój ulubiony:

Kanałem polecanym przez wielu jest Krzysztof Gonciarz. Chyba go oglądają wszyscy 🙂 a zwłaszcza jego nową serię „Sztuka składania historii”.

A jeśli chcielibyście posłuchać super muzyki, przepięknego głosu i bardzo estetycznych filmów, to kanał Karoliny Baszak Was nie rozczaruje. Niektóre jej wykonania piosenek potrafię sobie puszczać zapętlone non stop i chyba nie tylko ja 🙂

Dodatkowo subskrybuję także kilka polskich kanałów urodowych czy też tzw. life-style’owych, skąd czerpię ciekawe porady dotyczące różnych tematów od paznokci, poprzez trendy w makijażu czy ubiorze. Najlepsze jest to, że wystarczy tylko chcieć coś obejrzeć i można się samemu nauczyć różnych rzeczy. Kiedyś dzięki filmikowi naprawiliśmy mój iphone, innym razem znów jak nie wiedziałam jak przekręcić dźwignię w moim Silhouette Cameo (wstyd się przyznawać, wiem!), też taki filmik znalazłam jak sobie poradzić. Nie wspominając już o innych poradach, dość specyficznych poradach, które okazały się strzałem w 10! I w sumie razem z Adrianem jak tylko czegoś szukamy, nie wiemy jak coś działa, albo przed jakimś większym zakupem sprawdzamy co Youtube ma do powiedzenia na ten temat. Dodatkowo jeśli znacie angielski, to możecie być praktycznie pewni, że znajdzie się filmik, na temat, który Was interesuje.

Trochę się zastanawiałam nad tym kogo jeszcze mogę Wam polecić, jednak stwierdziłam, że Youtube to taka kopalnia, że sami na pewno znajdziecie inne ciekawe filmiki. A ta moja lista, to taka jak dla mnie samej baza. Ja sama dzięki poleconej liście kanałów jakiś czas temu przez worqshop trafiłam właśnie na Youtube i wsiąknęłam całkowicie.

Napiszcie mi koniecznie jakie są Wasze ulubione kanały, albo co ciekawego Wy oglądacie.

Zachowywanie wspomnień, czyli album z wakacji na Gran Canarii

Bardzo lubię zachowywać wspomnienia na wywołanych zdjęciach, które dodatkowo sobie ozdabiam różnymi drobnymi dodatkami, opisami, czy też jakimiś pamiątkami np. mapką lub ulotkami. Dlatego po naszym urlopie, który był w lutym bardzo chciałam zrobić album ze zdjęciami. W końcu mi się to udało, album jest bardzo prosty w formie, bo składa się tylko z 8 kart.

Czasem tak sobie myślę, że robienie albumów z wywołanymi zdjęciami jest tak bardzo old schoolowe. Zwłaszcza, że tych zdjęć robimy teraz tysiące, czy nawet setki tysięcy i często nawet zapomina nam się, jakie zdjęcia robiliśmy tydzień temu, nie mówiąc już o tym co było dawniej. Niby jesteśmy otoczeni takimi możliwościami, żeby zachowywać na przyszłość, to co się dzieje, jednak mam wrażenie, że to w otchłaniach dysków, Facebooka i Instagrama całkowicie ginie. Dlatego ja tak chętnie od czasu do czasu, jak mam lepsze zdjęcia lub jakiś pomysł, robię szybki album. Mam wrażenie, że fotografując wszystko, co się da, wspomnienia właściwie nie mają szans na to, żeby być zapamiętanymi na przyszłość. A ja jakoś jednak mam nadzieję, że może ktoś kiedyś będzie ciekawy tak za 100 lat, co ja robiłam, jak wyglądały jakieś ważne dla mnie wydarzenia.

album gran canaria

W ogóle podczas tego urlopu sporo nagrywaliśmy również filmików, i w pewnym momencie doszłam do wniosku, że czasem bardziej przywiązuję wagę do tego, co nagrać albo żeby na pewno ani centymetra krajobrazu na zdjęciach nie pominąć, zamiast tak po prostu napawać się otoczeniem. Zwykle właśnie z tego powodu staram się mieć trochę oddechu od jakiegokolwiek nagrywania i tak po prostu sobie pochodzić i pooglądać, to co ma dane miejsce mi do zaoferowania.

Podsumowując mój album możecie zobaczyć na filmiku na moim kanale, o tutaj.

A co Wy o tym myślicie? Lubicie w ogóle wywoływać zdjęcia, czy to raczej nie Wasza bajka?