Czy warto jeździć tam gdzie dla nas tanio?

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby napisać coś o moich różnych przemyśleniach. Często je mam pod wpływem czegoś np. filmu, zdjęcia, zachowania, czegokolwiek. Zdarza się to u mnie praktycznie non stop i dlatego mam niekończące się wrażenie, że w mojej głowie przemyślenia się kotłują. A może by tak się nimi podzielić?
 

Calkiem niedawno obserwowana przeze mnie aniamaluje zamieściła takie zdjęcie na Instagramie: tutaj

Pod nim dodała komentarz, który możecie pod zdjęciem przeczytać. Co mnie zaintrygowało to zdanie: „Dla przykładu – życzęe wszystkim dobrze, ale świat w którym minimalna na Ukrainie to jakieś 50 euro miesięcznie jest mi wyjątkowo na rękę. Bo tanio. Więc życzę wszystkim dobrze, czy może jest mi dobrze kiedy innym jest źle?” Zresztą najlepiej przeczytajcie całość i komentarze również (w tym mój!)

 

Opowiastka z czasów dawnych, bardzo dawnych

 

Ja też byłam we Lwowie, co prawda było to jak dobrze umiejscawiam w czasie, w 2005 roku, więc już ponad 12 lat temu. Myślę, że sporo od tego czasu mogło się zmienić. Jednak wtedy relacja cen na Ukrainie do cen polskich też była dla nas bardzo na korzyść. Nawet przy bardzo, bardzo skromnym budżecie studenckim nie myślałam za bardzo gdzie chodzę zjeść czy ile będzie kosztował gdzieś wstęp. Wtedy mi to bardzo pasowało i przypuszczam, że teraz też by to było super. Bo jednak łatwiej jest nie zastanawiać się co chwilę czy mogę sobie pozwolić na obiad w takiej restauracji czy jednak szukać jakiejś budki z tanim jedzeniem. Ja akurat będąc tam, miałam okazję również poznać studentów z politechniki we Lwowie i z nimi rozmawiać na różne tematy. Zadziwiające były dla nas sytuacje, kiedy chcieliśmy wejść na Cmentarz Łyczakowski, a nasi koledzy powiedzieli, że wstęp jest drogi i nie chcą tyle płacić. Bardzo podobna sytuacja miała miejsce przy okazji wieczornego wejścia do klubu. Już nie pamiętam dokładnie cen (było to zbyt dawno), natomiast dla mnie wydawało się to groszowym kosztem, a dla nich mogło to być dość sporym wydatkiem. Obecnie wartość waluty ukraińskiej bardzo spadła, dlatego ceny dla Polaków są bardzo atrakcyjne. Niestety im dla nas taniej, tym gorsza sytuacja finansowa mieszkańców. Na tym niestety polegają problemy z kursami walut. Wszystko co jest sprowadzane na Ukraine będzie kosztować i tak tyle samo co na tzw. zachodzie. Różnica polega na tym, że człowiek który chce kupić sobie iphona w powiedzmy Szwecji będzie musiał pracować na niego może kilka dni, a jego odpowiednik na Ukrainie np. parę miesięcy. Znana jest nam ta różnica, bo w Polsce też trochę dłużej trzeba się natrudzić niż w Szwecji, ale jednak krócej niż na Ukrainie.

 

Współczuć i zostać w domu? Czy jechać i wspierać lokalną turystykę?

 

Wtedy właśnie pojawia się pytanie czy to dobrze, że tak chętnie jedziemy tam gdzie dla nas tanio, ale trochę przykro nam się robi jak się dowiadujemy jakie zarobki mają mieszkańcy danego kraju. W sumie dzięki turystyce część osób jest w stanie zarobić lokalnie i to jest na pewno dobre, bo dlaczego tego nie wspierać. Nawet idąc tym tokiem rozumowania dalej, firmy zagraniczne, które zatrudniają ludzi na miejscu wcale też nie są aż takie złe, jak to zwykle media przedstawiają. Dzięki takim czy innym pracodawcom są miejsca pracy. Trochę w temacie polecam do przeczytania książkę, reportaż „Tytul, tytul” o szwalniach w Bangladeszu, gdzie jest poruszona między innymi kwestia tworzenia miejsc pracy. Niezbyt gruba, bardzo ciekawie napisana, relacja z miejsca owianego tyloma opowieściami, mitami. Po jej przeczytaniu to dopiero dużo miałam przemyśleń.

 

Przeprawa przez granicę, tego przeżycia nie da się wymazać z pamięci

 

Dodatkowo jeszcze wracając do tematu Ukrainy, ta wycieczka mi tak bardzo zapadła w pamięć, bo samą podróż odbywałam na kilka etapów. Najpierw pociągiem do Przemyśla, później autobusem albo busem do granicy, następnie przejście na piechotę przez granicę. I to był mój pierwszy styk z Ukrainą. Jeszcze po polskiej stronie na targu, gdzie tak bardzo dużo osób miało na sprzedaż papierosy oraz alkohol. Nie wiem czy nadal taki targ istnieje, zapadł mi w pamięć na dobre. Następnie przesiadka na busa po stronie ukraińskiej, który wyglądał jak jeszcze z poprzedniej epoki, a dziury w drodze jak nigdzie indziej J Powrót do Polski, to dopiero była przygoda. Przejście na piechotę z powrotem, to była bardzo, bardzo długaśna kolejka ludzi (często tzw. mrówek), na dobrych kilka godzin. Na szczęście jak powiedzieliśmy strażnikowi, że jesteśmy studentami, to nas przepuścili na sam początek J co nie znaczy, że poszło gładko, bo celnikowi coś się nie spodobał mój paszport i musiałam poczekać na jakieś dodatkowe sprawdzanie. Eh. Co przeżyłam to moje, i jak widzicie bardzo zapadło mi w pamięć. Później te wielkie kontrasty, gdzie studenci, których poznałam niejednokrotnie lepiej byli ubrani od nas, mieli fajniejszy sprzęt, czy nawet samochody, a żal im było groszówek na wejsciówkę. Wiem, że to jest bardzo powierzchowna ocena, bo pewnie musiałabym spędzić z nimi sporo czasu, żeby może choć trochę zrozumieć jak to wygląda z ich strony.

 

Z perpektywy zachodniej

 

Na koniec mam jeszcze takie przemyślenie, że niekoniecznie to co nam się wydaje, że jest złe na pierwszy rzut oka, bo np. łatwą reką wydajemy pieniądze w miejscu, gdzie naprawdę długo trzeba się napracować, żeby tyle zarobić, to niekoniecznie jest tym złem. Dzięki temu ktoś ma pracę, może lokalnie się jakoś utrzymać. Wspieranie lokalnych inicjatyw i lokalnych biznesów jest dobre samo w sobie. I wiem, że to jest tak, że ludzie „zachodu” przyjeżdżają w różne miejsca i mówią o łamaniu różnych praw i innych takich (vide książka o Bangladeszu), a lokalni ludzie martwią się o to, czy będą mieli jeszcze pracę, bo jeśli nie, to niewiadomo co będą zmuszeni robić, żeby przeżyć.. I może jednak te wydane więcej w restauracji, czy większy napiwek dla kelnera niż nam się wydaje aż taki zły nie będzie 🙂

 

Bullet Journal, czy to w ogóle ma sens?

Bullet journal czy to w ogóle ma sens?

Do różnych nowinek technologicznych podchodzę super hurra optymistycznie.

Jednak jeśli chodzi o temat planowania jakkolwiek „zorganizowanego” to podchodzę do tego z bardzo dużą rezerwą, tak jakoś zwykle czuję, że to po prostu przerost formy nad treścią (albo bardziej mój brak wiary w takie narzędzia). Z drugiej strony trochę we mnie kreatywności chyba siedzi, bo jakby nie było coś od czasu do czasu „tworzę”. No a skoro różne kreatywne blogi śledzę na bieżąco, tak też natrafiłam na Bullet Journal. No i zobaczyłam udostępniane zdjęcia na Instagramie z różnymi planami na tydzień, miesiąc itd. i w dodatku bardzo ładnie ozdobionymi. Mimo wszystko pomyślałam wtedy: OK fajne, ale nie bardzo mi akurat potrzebne (ale czy na pewno?).

bujo-1

Moje planowanie

Jakby tak się zastanowić, to każdy w jakimś sensie planuje. Jedni będą robić zapiski w notesie, kalendarzu, inni będą robić sobie taką listę online lub w jakiejś aplikacji. Jeszcze inni nie będą zapisywać nic, a mimo wszystko je realizować(!). Będą także osoby, które są w stanie kupić sobie bardzo ładne „narzędzia” do planowania, już na samym początku. U mnie do dnia dzisiejszego był taki ogólnoplanowy free style. Część ważnych terminów miałam zapisanych w telefonie, z przypomnieniem, część jakichś list również w telefonie miałam jako notatki. Czasem zdarzało mi się coś zapisać na karteczkach różnych (lubiących się gubić). Czułam jednak taki ogólny chaos, z mniej więcej zarysem tego co np. mam w danym dniu czy tygodniu do zrobienia. Coś mnie w końcu tknęło i pomyślałam, że może jednak mogłabym jakoś lekko przynajmniej ogarnąć moje wszystkie zadania, plany, ale też i pomysły. Wielokrotnie to właśnie z tymi ostatnimi mam problem, bo wpada mi całkiem sporo pomysłów do głowy, ale bardzo rzadko je zapisuję, a co za tym idzie całkowicie o nich zapominam.

Z drugiej strony bardzo lubię tak od czasu do czasu się wyżyć kreatywnie, niekoniecznie publikując te rzeczy gdziekolwiek. Wtedy właśnie pomyślałam o Bullet Journalu, jako o miejscu które może być dla mnie połączeniem tego wszystkiego.

bujo-2

Bullet Journalowe rozeznanie

Czując ten ogólny chaos w moich planach postanowiłam rozeznać temat. Wsród blogerek jest to temat niezmiernie popularny chyba, tak mi się przynajmniej wydaje, bo znalazłam co najmniej kilka(naście) wpisów o Bullet Journalu. Poniżej moja skrótowa interpretacja o co w tym wszystkim chodzi.

Bullet Journal: jest to dziennik czy planer w całkowicie dowolnej formie, dla którego charakterystyczne jest spisywanie bardzo skrótowych myśli/ zadań/ tematów (z angielskiego bullet points). Potrzebujemy do tego tylko coś do pisania oraz jakiś zeszyt i tyle. Naprawdę! Reszta to kwestia naszej wyobraźni. Inspiracji w necie znajdziecie sporo, jednak ja nie bardzo chcę się inspirować. U mnie na razie plan jest taki, żeby mieć listę (log) spraw/ zadań na cały rok (takie ogólne sprawy, które na pewno będą miały miejsce, i o których warto pamiętać), trochę bardziej konkretnie będzie wyglądała moja lista na cały miesiąc i później na tydzień. Postanowiłam też dodatkowo planować sobie posiłki (trochę po to, żeby bardziej ogarniać jakie produkty aktualnie w lodówce mam i co mogę z tego zrobić), a także moja garderoba (bo szyję, więc często potrzebuję robić sobie takie burze mózgów co mi się podoba, co do ubrania by mi się przydało itd.). Aha i przy moich tygodniowych i dziennych planach zostawię sobie też miejsce na luźne pomysły /przemyślenia. Jak będę miała ochotę to coś dorysuję, ale ogólnie plan jest taki, żeby zbyt wiele czasu mi to nie zajmowało 🙂 W końcu to tylko planowanie.

Aha! Ja zaczynam od zwykłego notesu w kratkę, który już mam od jakiegoś czasu i mam w nim też zapisanych kilka kartek + mam też taki bardzo cienko piszący cienkopis, którym się przyjemnie pisze.

bujo-3

Zamiary

Mój cel jest dość prosty, chcę żeby nie zajmowało mi uzupełnianie Bullet Journala niewiadomo jak dużo czasu. Rano przed wyjściem do pracy poświęcę na niego kilka minut i wieczorem jak będę szła spać, to też kilka minut poświęcę. I tyle. Mam nadzieję, że realizacja moich różnych planów i zadań będzie choć trochę efektywniejsza, a nie że będzie to planowanie dla samego planowania.Tego bym bardzo nie chciała. Jak coś z tego wyjdzie ciekawego, to obiecuję Wam o tym napisać. A póki co możecie obserwować mnie na moim Instagramie, tam od czasu do czasu będę umieszczać inspiracyjne zdjęcia z moich poczynań.