capsule wardrobe · minimalizm · Moda · ograniczanie · Planowanie · Przemyślenia · szafa · szafa kapsułowa

Jak opanowałam swoją szafę?

Jakiś czas temu, myślę, że około dwa lata temu zapoznałam się z ideą Capsule wardrobe. Jest to idea szafy kapsułowej, która polega na stanowczym ograniczeniu ubrań do konkretnej ilości np. 30 sztuk odzieży nie wliczając butów i bielizny na daną porę roku. Pomysł ten wydał mi się bardzo fajny, bo już od jakiegoś czasu zmagałam się z problemem zbyt wielu ubrań, które niby fajne, ale jednak nie bardzo do siebie pasowały, a jak przychodziło co do czego to i tak chodziłam cały czas w tym samym.

U mnie cała akcja, jak też można się domyślić rozpoczęła się od wielkich porządków. Wyniosłam wtedy chyba z 4 worki ubrań (część z nich oddałam innym osobom, część się po prostu nie nadawała do oddania, bo były zniszczone, więc trafiły do kosza). Po tych wielkich porządkach, kiedy w końcu rozstałam się też z ubraniami kupionymi kiedyś w sh, ale np. bardzo za małymi (które czekały sobie z nadzieją, że kiedyś się w nie zmieszczę :)) albo bardzo nie pasującymi do mnie, ale np. znanej marki i szkoda było mi ich się pozbyć. Pierwsza taka selekcja była dość prosta, ponieważ zrobiłam przegląd wszystkiego co mam i to czego nie nosiłam co najmniej rok, trafiało do kategorii „pozbyć się”.

Dalej jednak nie umiałam się tak bardzo ograniczyć do wszystkich zasad kapsułowej szafy, bo dla mnie problemem nawet nie było ograniczenie ilości, ale ograniczenie się do tylko neutralnych kolorów. A ja tak bardzo lubię wzory, kwiatki i inne takie. Musiałam więc wypracować jakiś system dla siebie.

Po kolejnych kilku miesiącach zrobiłam przegląd szafy po raz kolejny, oczywiście dołączyły w międzyczasie jakieś nowe ubrania, trochę się zniszczyło. Te ostatnie oczywiście zakwalifikowałam do pozbycia się. Jednak wtedy naszła mnie refleksja, że nadal mam sporo ubrań, których nie noszę prawie w ogóle, mimo, że teoretycznie spełniają moje kryteria: są w dobrym stanie, leżą na mnie dobrze, pasują do innych ubrań. A dlaczego ich nie nosiłam? Powód był prozaiczny, czyli prasowanie, a raczej fakt, że ja ubrań prawie w ogóle nie prasuję, a jak coś wymaga prasowania, to jest odkładane w inne miejsce. A później po prostu zapominane 🙂 Nie mam też w zwyczaju robić hurtowego prasowania. Po prostu tego nie lubię i tyle. Problem jednak w tym, że bardzo lubię nosić bluzki koszulowe. Najczęściej ciężko, żeby taką bluzkę można było założyć bez przeciągnięcia żelazkiem. Na razie ogarniam to tak, że jednak mobilizuję się i raz na jakiś czas wszystkie koszule prasuję. Myślę też, że może stacja parowa albo Steamaster mógłby mi bardzo pomóc. Nie wiem. Za to trochę ograniczyłam ilość bluzek koszulowych na korzyść takich, których prasować nie muszę.

Dodatkowo wszystkie ubrania, które wymagają czyszczenia chemicznego też nie bardzo się u mnie sprawdzają. Jak już coś wymaga więcej uwagi niż tylko wstawienie prania, to jest przeze mnie mało chętnie noszone. Wiele tych wniosków wynika głównie z tego, że na codzień muszę dość wcześnie wstawać, a że ze mnie śpioch, to nie bardzo mam wtedy chęć na zastanawianie w co się ubrać, a już na pewno nie na dodatkowe zajęcie typu prasowanie. Zwykle tak czy siak decyduję się na znane mi i przede wszystkim wygodne zestawy.

Dlatego ze dwa lata trwało aż w miarę wypracowałam sobie system na ubrania. Kiedyś chciałam wyglądać codziennie inaczej. Teraz nie mam kompletnie z tym problemu, żeby nosić podobne zestawy kilka dni pod rząd. Czasem mam trochę wrażenie, że mam ubrań za mało, a czasem wręcz przeciwnie, że nadal jest ich za wiele. Moja praca wymaga też od czasu do czasu ubrań klasycznych, eleganckich, więc taki zestaw również posiadam, ale bardziej nowoczesnym wydaniu. Po ostatnim czyszczeniu szafy wyszło mi, że potrzebne mi były buty, bo jakoś większości musiałam się już pozbyć, więc kilka nowych par kupiłam. Na chwilę obecną mam 20 par butów i wszystkich ubrań około 60 sztuk. Nadal dość dużo. Jedynie bielizny do tego nie wliczam. Ile tak naprawdę to ilość optymalna – nie wiem. U mnie sprawdza się taka. Jak ze wszystkim, także nad szafą trzeba popracować. Ja chciałam uzyskać przejrzystość oraz możliwość tworzenia fajnych zestawów i myślę, że w miarę mi się to udało.

Reklamy
Chiny · Podróże · Przemyślenia · Turystyka · Urlop · Wakacje · Wyjazdy

Moje wrażenia po pobycie w Chinach

Jakiś czas temu byłam na wakacjach w Chinach. Już to samo wyrażenie brzmi dość ciekawie, bo chyba nie była to pierwsza myśl, jeśli chodzi o kierunek wakacyjny, a jednak tak się złożyło, że właśnie do Państwa Środka się wybrałam.

Może zacznę od tego, że nie nastawiałam się jakoś super na ten wyjazd, wiedziałam, że będzie bardzo inaczej niż w Europie, że mogę spodziewać się dużego zanieczyszczenia środowiska od powietrza poprzez wodę, no i wiadomo… bardzo dużo ludzi.

Spędziłam najpierw około tygodnia w Szanghaju, po czym na kilka dni udałam się na wycieczkę do Pekinu i na Wielki Mur Chiński, by ponownie powrócić do Szanghaju. Mimo, że byłam przygotowana na 3 powyższe to i tak zaskoczyła mnie ilość ludzi i gigantyczność miasta. Jak podróżuję po Europie, to bardzo często, zwłaszcza w bardzo turystycznych miejscach można usłyszeć różne języki, zobaczyć ludzi z całego świata. W przypadku chińskich atrakcji sytuacja przedstawia się całkowicie inaczej. Występuje stosunek 90 do 10 %, tzn. 90% stanowią turyści chińscy, a reszta to obcokrajowcy. Zresztą nie ma się co dziwić. W Chińskiej Republice Ludowej (dane wg Wikipedii) mieszka aktualnie ponad 1,3 miliarda ludzi. Więc jak założymy, że tylko 1% osób jest aktualnie turystami (a na bank jest ich więcej), to już wychodzi liczba 13 milionów. Niesamowite! W ogóle liczby ludzi są niesamowite! Np. dowiedziałam się, że w Pekinie jest limit dzienny na wpuszczanie osób do Zakazanego Miasta (jedna z głównych atrakcji turystycznych), który wynosi 80 tysięcy osób na dzień. Jak zostanie przekroczony, to następuje wstrzymanie sprzedaży biletów. Nie wiem jak dla Was, ale na mnie te liczby są wręcz niewyobrażalne. Jak już weszliśmy do Zakazanego Miasta, to też zobaczyłam na własne oczy ile to jest dużo ludzi. W takim miejscu można zapomnieć o czymś takim jak zrobienie sobie zdjęcia bez innych osób w tle, obok, na pierwszym, drugim, ostatnim planie. Tak samo ilość osób odczuwa się w metrze. Jest dość mocno zatłoczone, a do tego jeszcze pojawiają się komunikaty głosowe o tym, żeby się przygotować już jedną stację wcześniej do wysiadania, bo dane stacje są tak bardzo zatłoczone. Do tego wszyscy się przepychają i raczej trzeba powalczyć, żeby wysiąść albo wsiąść do pociągu.

Co mnie bardzo też zdziwiło i to bezpośrednio wiąże się z ilością osób, że mimo, że np. jest ulewny deszcz, woda leje się strumieniem, to i tak w atrakcjach turystycznych będzie dużo Chińczyków. My akurat jechaliśmy do Disneylandu. Akurat na ten dzień zapowiedziany był deszcz (a w Szanghaju jest też chyba pora deszczowa), i ulewa była. Więc myślałam, że będzie tam mało ludzi. Może było mniej niż zwykle, ale nadal bardzo, bardzo dużo, tak że trzeba było dość długo czekać na wejście na różne atrakcje, kolejki itp. Poza tym cały czas miałam wrażenie, że miasto nigdy się nie kończy. Owszem w centrum są najwyższe drapacze chmur (łącznie z drugim najwyższym na świecie) i jest ich dużo. Ale miasto nie wygląda tak jak amerykańskie miasta z wieżowcami w samym centrum i morzem osiedli domków. Miasto Szanghaj to bardzo wysokie budynki w centrum, a poza tym morze wieżowców, które wcale niskie nie są, tak na oko wyglądają przeciętnie na 25-cio, 30stopiętrowe. I do tego ciągle budują nowe osiedla takich wieżowców!

Z pozytywnych rzeczy to zdziwiło mnie jeszcze to, że mają bardzo dużo bardzo nowoczesnych rozwiązań. Np. w metrze są wszędzie takie dodatkowe szyby na peronach, zabezpieczające żeby nikt nie wleciał przypadkiem na tory. Można u nich płacić za pomocą telefonu np. przez WeChat albo AliPay. WeChat to poza tym osobny temat. Jest to taki ulepszony Facebook i Instagram i Twitter w jednym. Te trzy są w Chinach zablokowane, więc musieli sobie sami poradzić, a że zrobili dodatkowo usprawnienie to plus dla nich.

Ach żeby nie było, że tych pozytywów tak mało, to serio mi się tam całkiem podobało, po prostu potrzeba odpowiedniego nastawienia i można chłonąć wrażenia.

Jedzenie też mnie zaskoczyło i to bardzo, przede wszystkim tym, że to co chińskie jedzenie, to całkowicie co innego niż to co sobie wyobrażałam w wersji europejskiej. Ale o tym może innym razem trochę więcej napiszę, bo chyba warto.

No jest też temat, którego ominąć się nie da, czyli zanieczyszczenie środowiska. To co napiszę, to tylko i wyłącznie moje obserwacje oraz trochę tego co sobie z różnych internetowych źródeł poczytałam. Jak tylko ląduje się w Chinach, to już widać smog. Latając po Europie z samolotu przeważnie widać lasy, pola, łąki, no i miasta, ale wszystko widać wyraźnie. W Chinach widać przede wszystkim takie szarawe lub brązowawe pola, jakieś fabryki, bloki, budynki (niby to samo), ale bardzo niewyraźnie, tak jakby wyblakły wszystkie kolory. Jak przyleciałam do Szanghaju to poziom zanieczyszczenia był akurat dobry, więc skąd ten smog tam u góry czy na dole? Niewiadomo. Poza tym cały czas ma się wrażenie, że horyzont jest taki niewyraźny. Popatrzcie zresztą na zdjęcie.

Nie wiem, może to tylko sugestia, że to powietrze takie zanieczyszczone, może taki mają klimat 😉 W każdym razie jak dla mnie to po prostu widać, także w dni „zdrowego” poziomu zanieczyszczeń. W dzień kiedy wszelkie normy zostały przekroczone widać było już bardzo niewiele, horyzont się bardzo zatarł, a widok z najwyższego budynku, czyli Shanghai Tower byl jak to wtedy okresliłam „chiński”. Dopiero po zmroku widać było trochę olbrzymie miasto. No ale zanieczyszczone niestety nie jest tylko powietrze. Zanieczyszczone są rownież wszelkie wody, w rzekach, stawach, jeziorach. Zresztą dawno temu na geografii się o tym już uczyłam, i temat jest niestety aktualny. Czy to widać? Niestety tak. Przekonałam się o tym, jak poszłam się przejść do pobliskiego parku (takiego kompletnie poza centrum miasta). Na pierwszy rzut oka park prezentował się bardzo ładnie. Piękne kompozycje z krzewów i kwiatów, przejścia, mostki. Jednak jak tylko podeszłam do rzeczki, nad która ten park został zrobiony, to aż mnie odrzuciło. Zawsze sobie wyobrazałam, że zanieczyszczenie rzek wygląda tak, że woda ma wygląd bardziej brązowy, trochę jak błoto. Ale to nie to.Tą rzeczką płynęło wszystko co sobie możecie wyobrazić. Nie będę tu się rozpisywać, jednak robi to wrażenie przerażające. Dlatego nic dziwnego, że w hotelach zawsze macie wodę w butelkach w łazience (jest ona przeznaczona do płukania zębów, wodą z kranu nie wolno w ogóle płukać zębów, ani tym bardziej jej pić!). Podobno hotele także robią ponowną filtrację wody. Ja się wtedy zaczęłam tylko zastanawiać jak tyle milionów ludzi (24 miliony wg Wikipedii) tam na codzień funkcjonuje. Nie wiem jak Chińczycy, pewnie różnie, ale na forach obcokrajowców w Szanghaju wyczytałam, że po prostu trzeba sobie zamówić serwis z wodą butelkowaną z dowozem do domu. Od mojej przechadzki po parku i patrzenia na rzeczkę, ani razu więcej nie przyglądałam się już wodzie! Tzn. w Palacu Letnim i Zakazanym Mieście w Pekinie widziałam wodę, nie wyglądała super czysto, ale też nie aż tak odrażająco. Jednak są to bardzo turystyczne miejsca i pewnie dlatego sytuacja wygląda nieco lepiej. Co w ogóle ciekawe, to w Chinach jest naprawdę bardzo dużo (to w końcu 3ci kraj pod względem powierzchni na świecie) przepięknych terenów. Jednak widać, że tak duże skupiska ludności (albo dosadniej określając przeludnienie) mogą mieć fatalne skutki, jak zanieczyszczenie wszystkich wód i powietrza.

 

 

 

Ogólnie to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona wycieczką do Chin. Wiadomo zanieczyszczenia byłam świadoma wcześniej, choć i tak niesmak pozostał. Pobyt w Pekinie i Szanhaju uznaję za bardzo udany i możliwe, że nawet chętnie powróciłabym jeszcze raz, żeby zobaczyć trochę więcej. Poza tym warto przekonać się na własne oczy i uszy czym jest chaos w wydaniu chińskim, który jakoś funkcjonuje, z klaksonem, hałasem, gdzie pieszy nie ma ani trochę pierwszeństwa ani na zielonym, ani na pasach, z luksusowymi samochodami na ulicach i jednocześnie nieczystością rzek i powietrza, a co ciekawe z bardzo czystymi chodnikami. Gdzie w tle górują super wysokie drapacze chmur, które mają pokazać, że miasto jest bardzo nowoczesne, jednocześnie których często nie dojrzycie za dokładnie, bo schowają się za mgłą (…smogiem).

A jak są w telewizji programy o wizji mega metropolii w przyszłości, to nie ma chyba sensu sobie ich wyobrażać, wystarczy wycieczka do Szanghaju.

Nauka · Poszukiwanie pracy · Przemyślenia

Bore out, czyli zanudzenie w pracy

Pisałam już kiedyś o tym jak dodatkowo się „wspomagam” w pracy tutaj, która nie jest zbyt kreatywna, po to, żeby mieć choć trochę poczucia kreatywności, czy może nawet inności wokół siebie. Chodzi mi po głowie jeszcze inny temat, który niekoniecznie odnosi się do kreatywności (ale poniekąd może być z jej brakiem związany), bo chodzi mi o kwestię kompletnej nudy podczas pracy. Jak by nie było brak kreatywnej pracy, kreatywnego środowiska będzie pośrednio wpływał na znudzenie pracownika. Bez względu na to ile zadań w ciągu dnia on wykonuje.


Kiedy zrobisz już swoje wszystkie zadania, a jest dopiero 9 rano?

No właśnie – absurd, pomyślicie. Zwłaszcza, że większość pracowników zwykle narzeka na nadmiar pracy, tak jednak zdarzają się (a badania pokazują, że wcale nie tak rzadko – tu sobie poczytaj) stanowiska, które zapewniają bardzo małą ilość zadań. A oprócz zadań podstawowych nie oferują jakichkolwiek możliwości rozwoju. Mam tu na myśli możliwość pomagania innym pracownikom lub przełożonym, czy też kursy online, korzystanie po prostu z internetu (w prywatnych celach!), szkolenia zawodowe, zajęcia dodatkowe sportowe lub jakiekolwiek inne, które choć trochę mogłyby urozmaicić pracę. Niestety stanowisk takich jest dość sporo, a na codzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. Będą to wszystkie te stanowiska, gdzie oczekuje się bycia gotowym na podjęcie telefonu, rozwiązanie jakiegoś problemu, czyli wszystkie te, gdzie ilość zadań jest całkowicie zależna od tego, co nam np. szef przydzieli. Często się też zdarza, że desperacko zgłosimy szefowi fakt, że nie mamy po prostu co robić. I w tym momencie wszystko zależy od chęci i możliwości, ale często też wiary w umiejętności swojego pracownika. Kończy się więc taki układ na tym, że przełożony ma pracy po pachy, ale nie ma czasu lub chęci przekazać części swoich zadań swojemu pracownikowi, więc ten pierwszy nie wie za co się pierwsze zabrać, a ten drugi nie wie co ma ze sobą zrobić z braku zadań. Paradoks? Powiedziałabym, że dziwna prawidłowość, która w wielu miejscach niestety się sprawdza. Na temat zaufania w pracy można by też sporo pisać, jednak to może innym razem, bo dzisiaj o nudzie.

Nuda, nuda, nuda

Psychologowie nazywają syndrom zanudzenia w pracy jako bore out. Wbrew pozorom jego skutki są bardzo podobne do powszechnie znanego syndromu wypalenia zawodowego, czyli z angielskiego burn out. Może on doprowadzić do depresji, obniżenia poczucia własnej wartości, całkowitego poczucia braku spełnienia zawodowego, czy też problemów ze zdrowiem (bóle kręgosłupa, bóle głowy, apatia, ogólna niechęć do działania). Bardzo często też takie wypalenie z nudy ma swoje źródło w tym, że dana osoba jest zatrudniona na stanowisku dużo poniżej swoich kwalifikacji. Niestety wykonywanie przez dłuższy czas pracy prostej, dalekiej od danego wykształcenia, powoduje zniechęcenie oraz poczucie tego, że się nie sprosta pracy bardziej wymagającej. Oczywiscie istnieć również powody, przez które ktoś nie chce tej niestety wykańczającej go pracy zmieniać. I niestety „kiepsko, ale stabilnie” pozostaje statusem aktualnym na dłuższy czas. Najgorsze jest to, że taka sytuacja może być bardzo wykańczająca.

Wymyślasz problemy!

Z moich osobistych doświadczeń wynika niestety, że wiele osób nie widzi problemu w zatrudnianiu ludzi dużo poniżej kwalifikacji. Może się mylę, jednak powszechne jest myślenie „lepiej mieć pracę jakąś niż nie mieć” lub „lepiej się przemęczyć jakiś czas, ale będzie to dobrze wyglądało w papierach”. Ja bardzo nie lubię takiego podejścia, takiej zgody na bylejakość. Jednak jeśli bym miała taką możliwość zaapelować do menedżerów, lub osób decyzyjnych o przyjęciach do pracy, to bym chętnie wystosowała do nich taki apel:

Potrzebujesz przyjąć osobę z wykształceniem średnim, bez doświadczenia kierunkowego, do pomocy, do spraw różnych, przyjmij kogoś kto te warunki spełnia, a nie kogoś kto skończył studia, ma sporo doświadczenia w biurowej, ale wypadł na rozmowie kwalifikacyjnej najlepiej. Miło będzie jak w odpowiedzi usłyszy, że to stanowisko poniżej jego kwalifikacji. Serio!

Mi było bardzo miło, jak coś takiego usłyszałam 🙂


Ludzie składają aplikacje na różne stanowiska, czasem coś wyślą przez przypadek, a czasem nie są świadomi jakie to stanowisko. Często ogłoszenia o pracę i ich treść pozostawia także sporo do życzenia i można z nich wyciągnąć też bardzo błędne wnioski. Sprawny HR powinien być w stanie takie napływające aplikacje odfiltrować.

Nie ma nic gorszego niż praca poniżej kwalifikacji, i nie jest to jakieś wywyższanie się. Po prostu szkoda zdrowia. No, ale co zrobić jeśli tak bardzo trudno znaleźć nam kierunkowe zatrudnienie? Jest kilka opcji: upartość i zawziętość aż do uzyskania zamierzonego celu, próba podniesienia jeszcze swoich kwalifikacji lub luk, które mogą być dla nas przeszkodą w znalezieniu pracy idealnej, lub znalezienie rozwiązania pośredniego, takiego jak samozatrudnienie. Wiem, że nie jest to jakiś szybki przepis na sukces, ale szybkiej wersji ja sama nie znam. Jak poznam, to chętnie się podzielę 😉

A Wy spotkaliście się już z bore outem? Czy to dla Was całkowicie obce pojęcie, bo raczej możecie narzekać na nadmiar niż brak zadań?

 

Bullet Journal · Creativity · Nauka · podcasts · Polecam · Przemyślenia

Kreatywność w niekreatywnej pracy?

Jak sobie radzić, gdy praca którą wykonujesz nie jest kreatywna? W sumie ani trochę kreatywna. W swoim wyimaginowanym świecie widzę siebie od dawna w bardzo kreatywnym środowisku, jakbym miała siebie opisać tak w skrócie to: 100 pomysłów dziennie, idei do zrealizowania, z czego oczywiście realizuję może z 5 🙂 To i tak jest dużo. Nie wiem czy to znacie, ale ja mam w głowie taką ekscytację za każdym razem jak wpadnie mi do głowy jakiś pomysł. Często próbuję w pracy „zarażać” innych moim podejściem, ale zwykle widzę brak entuzjazmu. No bo jak to tak, coś więcej zrobić niż to co do mnie należy i jeszcze się z tego cieszyć? Tak bardzo nie lubię tego podejścia, że praca to praca i trzeba odbębnić to co do mnie należy, dlatego albo sobie znaduję jakieś miejsce dla siebie w danej organizacji, albo robię wszystko, żeby nie zatracić się w takim trybie roboty, zwykłej roboty – zakasać rękawy i robić. Och, to nie ja.


Jak sobie radzić z pracą w niekreatywnym środowisku, żeby swojej kreatywności nie zabić?

Przez dłuższy czas pracowałam w korporacji, w dziale księgowości. No cóż, kreatywnie księgować to nie za bardzo się da, jednak korpo zwykle daje trochę możliwości na rzeczy dodatkowe. I to one mnie właściwie tam trzymały. Na początku przez jakiś czas prowadziłam szkolenia z komunikacji z klientem, po jakimś czasie zapisałam się na szkolenie z programowania w VBA i od czasu do czasu postanawiałam jakieś pliki w pracy udoskonalić, żeby praca była ciekawsza i szybciej mi mijał czas. Jak się natrafiła okazja, to pojechałam na dobrych kilka miesięcy do Finlandii, gdzie mogłam pracować w trochę bardziej międzynarodowym środowisku. No ale…. w pewnym momencie przydażyła nam się wyprowadzka za granicę. Moja pierwsza praca nie była w korporacji (och, pamiętaj, że jeśli teraz tak bardzo narzekasz na korpo, zatrudnij się na chwilę w mikro firmie, to się przekonasz, jak Twoja obecna praca jest pełna zalet! Wiem co mowię!), tylko…. w małej firmie budowlanej. Hmm, branża, o której nie miałam pojęcia i za bardzo nawet nie chciałam mieć pojęcia. Pracy było bardzo dużo, nawet jeszcze dla dodatkowej osoby by wystarczyło. Jak to w małych firmach, wszystko trzeba było ogarniać. Dlatego też czasu ani miejsca na kreatywność nie było ani trochę. Niestety takie środowisko trochę mnie spłaszczyło, o kreatywności już nie wspominając. Jednak praca tam nie trwała długo i zaczęłam pracować znów w dużej firmie. Niestety możliwości na angażowanie się w dodatkowe „akcje” już nie mam, to akurat przez moją formę zatrudnienia (może kiedyś o tym napiszę). No ale nie znaczy to, że nic się nie da. Da się i to bardzo wiele. Moja praca głównie odbywa się przy komputerze, klawiatura i monitor, to to co zajmuje mnie najbardziej. A to oznacza, że mogę w tym czasie czegoś słuchać. Można oczywiście słuchać i uczestniczyć w dyskusjach w biurze (czasem i owszem całkiem ciekawe, ale dla mnie mimo wszystko dość rzadko). Aby mieć poczucie niezmarnowania czasu na słuchaniu przedziwnych opowieści, ja słucham podcastów, a czasem audiobooków. Czy to jakiś ciekawy wywiad, czy to pogadanka o oszczędzaniu pieniędzy, czy o marketingu internetowym. Zawsze coś ciekawego mi wpadnie z takich słuchowisk. W dodatku mam wrażenie, że takie zajęcie słuchu dodatkowo wspomaga moje chęci i kreatywność. Jeśli tylko macie taką pracę, w której wasz słuch nie jest zajęty, to serdecznie polecam. Na pewno znajdziecie jakiś temat, który akurat was interesuje, czy to naukowy, czy rozrywkowy, czy po prostu jakieś ciekawe wywiady.
Oczywiście jeśli tylko macie taką możliwość np. w dużej firmie, to próbujcie angażować się w dodatkowe akcje, nie dość, że można poznać ciekawych ludzi, to jeszcze coś dla siebie zyskać, jakieś ciekawe doświadczenie albo po prostu urozmaicenie dnia pracy.

Poniżej znajdziecie listę 5 najciekawszych kanałów z podcastami, których regularnie słucham:

1. Więcej niż oszczędzanie pieniędzy

2. Włodek Markowicz On Air

3. Więcej niż zdrowe odżywianie

4. Monocycle with Leandra Medine

5. BBC 6 Minute Grammar

Powyżej na zdjęciu jeszcze książka pt. „Craft a life you love” napisana przez bardzo kreatywną Amy Tangerine (wszystkie scrapujące osoby na pewno ją znają), która mi ostatnio dość często towarzyszy, a jej podejście jest właśnie dość ciekawe. Na pewno zgadzam się z nią w tym, że w każdej pracy możemy zdobyć ciekawe doświadczenie, jeśli tylko od siebie też sporo damy.

A Wy zajmuciecie jakoś swój słuch w pracy niekoniecznie kreatywnej? A może macie jakieś kreatywne zajęcie na codzień i ten problem Was nie dotyczy?

 

Instagram · Koszty · Lwów · Podróże · Przemyślenia · Turystyka · Ukraina · Wakacje · Wyjazdy

Czy warto jeździć tam gdzie dla nas tanio?

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby napisać coś o moich różnych przemyśleniach. Często je mam pod wpływem czegoś np. filmu, zdjęcia, zachowania, czegokolwiek. Zdarza się to u mnie praktycznie non stop i dlatego mam niekończące się wrażenie, że w mojej głowie przemyślenia się kotłują. A może by tak się nimi podzielić?
 

Calkiem niedawno obserwowana przeze mnie aniamaluje zamieściła takie zdjęcie na Instagramie: tutaj

Pod nim dodała komentarz, który możecie pod zdjęciem przeczytać. Co mnie zaintrygowało to zdanie: „Dla przykładu – życzęe wszystkim dobrze, ale świat w którym minimalna na Ukrainie to jakieś 50 euro miesięcznie jest mi wyjątkowo na rękę. Bo tanio. Więc życzę wszystkim dobrze, czy może jest mi dobrze kiedy innym jest źle?” Zresztą najlepiej przeczytajcie całość i komentarze również (w tym mój!)

 

Opowiastka z czasów dawnych, bardzo dawnych

 

Ja też byłam we Lwowie, co prawda było to jak dobrze umiejscawiam w czasie, w 2005 roku, więc już ponad 12 lat temu. Myślę, że sporo od tego czasu mogło się zmienić. Jednak wtedy relacja cen na Ukrainie do cen polskich też była dla nas bardzo na korzyść. Nawet przy bardzo, bardzo skromnym budżecie studenckim nie myślałam za bardzo gdzie chodzę zjeść czy ile będzie kosztował gdzieś wstęp. Wtedy mi to bardzo pasowało i przypuszczam, że teraz też by to było super. Bo jednak łatwiej jest nie zastanawiać się co chwilę czy mogę sobie pozwolić na obiad w takiej restauracji czy jednak szukać jakiejś budki z tanim jedzeniem. Ja akurat będąc tam, miałam okazję również poznać studentów z politechniki we Lwowie i z nimi rozmawiać na różne tematy. Zadziwiające były dla nas sytuacje, kiedy chcieliśmy wejść na Cmentarz Łyczakowski, a nasi koledzy powiedzieli, że wstęp jest drogi i nie chcą tyle płacić. Bardzo podobna sytuacja miała miejsce przy okazji wieczornego wejścia do klubu. Już nie pamiętam dokładnie cen (było to zbyt dawno), natomiast dla mnie wydawało się to groszowym kosztem, a dla nich mogło to być dość sporym wydatkiem. Obecnie wartość waluty ukraińskiej bardzo spadła, dlatego ceny dla Polaków są bardzo atrakcyjne. Niestety im dla nas taniej, tym gorsza sytuacja finansowa mieszkańców. Na tym niestety polegają problemy z kursami walut. Wszystko co jest sprowadzane na Ukraine będzie kosztować i tak tyle samo co na tzw. zachodzie. Różnica polega na tym, że człowiek który chce kupić sobie iphona w powiedzmy Szwecji będzie musiał pracować na niego może kilka dni, a jego odpowiednik na Ukrainie np. parę miesięcy. Znana jest nam ta różnica, bo w Polsce też trochę dłużej trzeba się natrudzić niż w Szwecji, ale jednak krócej niż na Ukrainie.

 

Współczuć i zostać w domu? Czy jechać i wspierać lokalną turystykę?

 

Wtedy właśnie pojawia się pytanie czy to dobrze, że tak chętnie jedziemy tam gdzie dla nas tanio, ale trochę przykro nam się robi jak się dowiadujemy jakie zarobki mają mieszkańcy danego kraju. W sumie dzięki turystyce część osób jest w stanie zarobić lokalnie i to jest na pewno dobre, bo dlaczego tego nie wspierać. Nawet idąc tym tokiem rozumowania dalej, firmy zagraniczne, które zatrudniają ludzi na miejscu wcale też nie są aż takie złe, jak to zwykle media przedstawiają. Dzięki takim czy innym pracodawcom są miejsca pracy. Trochę w temacie polecam do przeczytania książkę, reportaż „Tytul, tytul” o szwalniach w Bangladeszu, gdzie jest poruszona między innymi kwestia tworzenia miejsc pracy. Niezbyt gruba, bardzo ciekawie napisana, relacja z miejsca owianego tyloma opowieściami, mitami. Po jej przeczytaniu to dopiero dużo miałam przemyśleń.

 

Przeprawa przez granicę, tego przeżycia nie da się wymazać z pamięci

 

Dodatkowo jeszcze wracając do tematu Ukrainy, ta wycieczka mi tak bardzo zapadła w pamięć, bo samą podróż odbywałam na kilka etapów. Najpierw pociągiem do Przemyśla, później autobusem albo busem do granicy, następnie przejście na piechotę przez granicę. I to był mój pierwszy styk z Ukrainą. Jeszcze po polskiej stronie na targu, gdzie tak bardzo dużo osób miało na sprzedaż papierosy oraz alkohol. Nie wiem czy nadal taki targ istnieje, zapadł mi w pamięć na dobre. Następnie przesiadka na busa po stronie ukraińskiej, który wyglądał jak jeszcze z poprzedniej epoki, a dziury w drodze jak nigdzie indziej J Powrót do Polski, to dopiero była przygoda. Przejście na piechotę z powrotem, to była bardzo, bardzo długaśna kolejka ludzi (często tzw. mrówek), na dobrych kilka godzin. Na szczęście jak powiedzieliśmy strażnikowi, że jesteśmy studentami, to nas przepuścili na sam początek J co nie znaczy, że poszło gładko, bo celnikowi coś się nie spodobał mój paszport i musiałam poczekać na jakieś dodatkowe sprawdzanie. Eh. Co przeżyłam to moje, i jak widzicie bardzo zapadło mi w pamięć. Później te wielkie kontrasty, gdzie studenci, których poznałam niejednokrotnie lepiej byli ubrani od nas, mieli fajniejszy sprzęt, czy nawet samochody, a żal im było groszówek na wejsciówkę. Wiem, że to jest bardzo powierzchowna ocena, bo pewnie musiałabym spędzić z nimi sporo czasu, żeby może choć trochę zrozumieć jak to wygląda z ich strony.

 

Z perpektywy zachodniej

 

Na koniec mam jeszcze takie przemyślenie, że niekoniecznie to co nam się wydaje, że jest złe na pierwszy rzut oka, bo np. łatwą reką wydajemy pieniądze w miejscu, gdzie naprawdę długo trzeba się napracować, żeby tyle zarobić, to niekoniecznie jest tym złem. Dzięki temu ktoś ma pracę, może lokalnie się jakoś utrzymać. Wspieranie lokalnych inicjatyw i lokalnych biznesów jest dobre samo w sobie. I wiem, że to jest tak, że ludzie „zachodu” przyjeżdżają w różne miejsca i mówią o łamaniu różnych praw i innych takich (vide książka o Bangladeszu), a lokalni ludzie martwią się o to, czy będą mieli jeszcze pracę, bo jeśli nie, to niewiadomo co będą zmuszeni robić, żeby przeżyć.. I może jednak te wydane więcej w restauracji, czy większy napiwek dla kelnera niż nam się wydaje aż taki zły nie będzie 🙂