Chiny · Podróże · Przemyślenia · Turystyka · Urlop · Wakacje · Wyjazdy

Moje wrażenia po pobycie w Chinach

Jakiś czas temu byłam na wakacjach w Chinach. Już to samo wyrażenie brzmi dość ciekawie, bo chyba nie była to pierwsza myśl, jeśli chodzi o kierunek wakacyjny, a jednak tak się złożyło, że właśnie do Państwa Środka się wybrałam.

Może zacznę od tego, że nie nastawiałam się jakoś super na ten wyjazd, wiedziałam, że będzie bardzo inaczej niż w Europie, że mogę spodziewać się dużego zanieczyszczenia środowiska od powietrza poprzez wodę, no i wiadomo… bardzo dużo ludzi.

Spędziłam najpierw około tygodnia w Szanghaju, po czym na kilka dni udałam się na wycieczkę do Pekinu i na Wielki Mur Chiński, by ponownie powrócić do Szanghaju. Mimo, że byłam przygotowana na 3 powyższe to i tak zaskoczyła mnie ilość ludzi i gigantyczność miasta. Jak podróżuję po Europie, to bardzo często, zwłaszcza w bardzo turystycznych miejscach można usłyszeć różne języki, zobaczyć ludzi z całego świata. W przypadku chińskich atrakcji sytuacja przedstawia się całkowicie inaczej. Występuje stosunek 90 do 10 %, tzn. 90% stanowią turyści chińscy, a reszta to obcokrajowcy. Zresztą nie ma się co dziwić. W Chińskiej Republice Ludowej (dane wg Wikipedii) mieszka aktualnie ponad 1,3 miliarda ludzi. Więc jak założymy, że tylko 1% osób jest aktualnie turystami (a na bank jest ich więcej), to już wychodzi liczba 13 milionów. Niesamowite! W ogóle liczby ludzi są niesamowite! Np. dowiedziałam się, że w Pekinie jest limit dzienny na wpuszczanie osób do Zakazanego Miasta (jedna z głównych atrakcji turystycznych), który wynosi 80 tysięcy osób na dzień. Jak zostanie przekroczony, to następuje wstrzymanie sprzedaży biletów. Nie wiem jak dla Was, ale na mnie te liczby są wręcz niewyobrażalne. Jak już weszliśmy do Zakazanego Miasta, to też zobaczyłam na własne oczy ile to jest dużo ludzi. W takim miejscu można zapomnieć o czymś takim jak zrobienie sobie zdjęcia bez innych osób w tle, obok, na pierwszym, drugim, ostatnim planie. Tak samo ilość osób odczuwa się w metrze. Jest dość mocno zatłoczone, a do tego jeszcze pojawiają się komunikaty głosowe o tym, żeby się przygotować już jedną stację wcześniej do wysiadania, bo dane stacje są tak bardzo zatłoczone. Do tego wszyscy się przepychają i raczej trzeba powalczyć, żeby wysiąść albo wsiąść do pociągu.

Co mnie bardzo też zdziwiło i to bezpośrednio wiąże się z ilością osób, że mimo, że np. jest ulewny deszcz, woda leje się strumieniem, to i tak w atrakcjach turystycznych będzie dużo Chińczyków. My akurat jechaliśmy do Disneylandu. Akurat na ten dzień zapowiedziany był deszcz (a w Szanghaju jest też chyba pora deszczowa), i ulewa była. Więc myślałam, że będzie tam mało ludzi. Może było mniej niż zwykle, ale nadal bardzo, bardzo dużo, tak że trzeba było dość długo czekać na wejście na różne atrakcje, kolejki itp. Poza tym cały czas miałam wrażenie, że miasto nigdy się nie kończy. Owszem w centrum są najwyższe drapacze chmur (łącznie z drugim najwyższym na świecie) i jest ich dużo. Ale miasto nie wygląda tak jak amerykańskie miasta z wieżowcami w samym centrum i morzem osiedli domków. Miasto Szanghaj to bardzo wysokie budynki w centrum, a poza tym morze wieżowców, które wcale niskie nie są, tak na oko wyglądają przeciętnie na 25-cio, 30stopiętrowe. I do tego ciągle budują nowe osiedla takich wieżowców!

Z pozytywnych rzeczy to zdziwiło mnie jeszcze to, że mają bardzo dużo bardzo nowoczesnych rozwiązań. Np. w metrze są wszędzie takie dodatkowe szyby na peronach, zabezpieczające żeby nikt nie wleciał przypadkiem na tory. Można u nich płacić za pomocą telefonu np. przez WeChat albo AliPay. WeChat to poza tym osobny temat. Jest to taki ulepszony Facebook i Instagram i Twitter w jednym. Te trzy są w Chinach zablokowane, więc musieli sobie sami poradzić, a że zrobili dodatkowo usprawnienie to plus dla nich.

Ach żeby nie było, że tych pozytywów tak mało, to serio mi się tam całkiem podobało, po prostu potrzeba odpowiedniego nastawienia i można chłonąć wrażenia.

Jedzenie też mnie zaskoczyło i to bardzo, przede wszystkim tym, że to co chińskie jedzenie, to całkowicie co innego niż to co sobie wyobrażałam w wersji europejskiej. Ale o tym może innym razem trochę więcej napiszę, bo chyba warto.

No jest też temat, którego ominąć się nie da, czyli zanieczyszczenie środowiska. To co napiszę, to tylko i wyłącznie moje obserwacje oraz trochę tego co sobie z różnych internetowych źródeł poczytałam. Jak tylko ląduje się w Chinach, to już widać smog. Latając po Europie z samolotu przeważnie widać lasy, pola, łąki, no i miasta, ale wszystko widać wyraźnie. W Chinach widać przede wszystkim takie szarawe lub brązowawe pola, jakieś fabryki, bloki, budynki (niby to samo), ale bardzo niewyraźnie, tak jakby wyblakły wszystkie kolory. Jak przyleciałam do Szanghaju to poziom zanieczyszczenia był akurat dobry, więc skąd ten smog tam u góry czy na dole? Niewiadomo. Poza tym cały czas ma się wrażenie, że horyzont jest taki niewyraźny. Popatrzcie zresztą na zdjęcie.

Nie wiem, może to tylko sugestia, że to powietrze takie zanieczyszczone, może taki mają klimat 😉 W każdym razie jak dla mnie to po prostu widać, także w dni „zdrowego” poziomu zanieczyszczeń. W dzień kiedy wszelkie normy zostały przekroczone widać było już bardzo niewiele, horyzont się bardzo zatarł, a widok z najwyższego budynku, czyli Shanghai Tower byl jak to wtedy okresliłam „chiński”. Dopiero po zmroku widać było trochę olbrzymie miasto. No ale zanieczyszczone niestety nie jest tylko powietrze. Zanieczyszczone są rownież wszelkie wody, w rzekach, stawach, jeziorach. Zresztą dawno temu na geografii się o tym już uczyłam, i temat jest niestety aktualny. Czy to widać? Niestety tak. Przekonałam się o tym, jak poszłam się przejść do pobliskiego parku (takiego kompletnie poza centrum miasta). Na pierwszy rzut oka park prezentował się bardzo ładnie. Piękne kompozycje z krzewów i kwiatów, przejścia, mostki. Jednak jak tylko podeszłam do rzeczki, nad która ten park został zrobiony, to aż mnie odrzuciło. Zawsze sobie wyobrazałam, że zanieczyszczenie rzek wygląda tak, że woda ma wygląd bardziej brązowy, trochę jak błoto. Ale to nie to.Tą rzeczką płynęło wszystko co sobie możecie wyobrazić. Nie będę tu się rozpisywać, jednak robi to wrażenie przerażające. Dlatego nic dziwnego, że w hotelach zawsze macie wodę w butelkach w łazience (jest ona przeznaczona do płukania zębów, wodą z kranu nie wolno w ogóle płukać zębów, ani tym bardziej jej pić!). Podobno hotele także robią ponowną filtrację wody. Ja się wtedy zaczęłam tylko zastanawiać jak tyle milionów ludzi (24 miliony wg Wikipedii) tam na codzień funkcjonuje. Nie wiem jak Chińczycy, pewnie różnie, ale na forach obcokrajowców w Szanghaju wyczytałam, że po prostu trzeba sobie zamówić serwis z wodą butelkowaną z dowozem do domu. Od mojej przechadzki po parku i patrzenia na rzeczkę, ani razu więcej nie przyglądałam się już wodzie! Tzn. w Palacu Letnim i Zakazanym Mieście w Pekinie widziałam wodę, nie wyglądała super czysto, ale też nie aż tak odrażająco. Jednak są to bardzo turystyczne miejsca i pewnie dlatego sytuacja wygląda nieco lepiej. Co w ogóle ciekawe, to w Chinach jest naprawdę bardzo dużo (to w końcu 3ci kraj pod względem powierzchni na świecie) przepięknych terenów. Jednak widać, że tak duże skupiska ludności (albo dosadniej określając przeludnienie) mogą mieć fatalne skutki, jak zanieczyszczenie wszystkich wód i powietrza.

 

 

 

Ogólnie to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona wycieczką do Chin. Wiadomo zanieczyszczenia byłam świadoma wcześniej, choć i tak niesmak pozostał. Pobyt w Pekinie i Szanhaju uznaję za bardzo udany i możliwe, że nawet chętnie powróciłabym jeszcze raz, żeby zobaczyć trochę więcej. Poza tym warto przekonać się na własne oczy i uszy czym jest chaos w wydaniu chińskim, który jakoś funkcjonuje, z klaksonem, hałasem, gdzie pieszy nie ma ani trochę pierwszeństwa ani na zielonym, ani na pasach, z luksusowymi samochodami na ulicach i jednocześnie nieczystością rzek i powietrza, a co ciekawe z bardzo czystymi chodnikami. Gdzie w tle górują super wysokie drapacze chmur, które mają pokazać, że miasto jest bardzo nowoczesne, jednocześnie których często nie dojrzycie za dokładnie, bo schowają się za mgłą (…smogiem).

A jak są w telewizji programy o wizji mega metropolii w przyszłości, to nie ma chyba sensu sobie ich wyobrażać, wystarczy wycieczka do Szanghaju.

Reklamy
Chiny · Film · Hobby · Podróże · Polecam · Scrapbooking · Silhouette Cameo · Turystyka · Uncategorized · Urlop · Wakacje · Wyjazdy

Scrapbooking po mojemu

Jakiś czas temu nagrałam filmik o tym, dlaczego tak bardzo lubię scrapbooking. Dzięki temu, że takie hobby mam, mogę się pochwalić całkiem pokaźną liczbą różnych zachowanych historii na scrapach, które chowam w albumach oraz małych albumów.

Ostatnio poraz kolejny nagrałam filmik, o tym jak takiego scrapa tworzę. To akurat taka lekka strona ze zdjęciem z Pekinu, na której wykorzystuję kilka różnych technik, od rysowania za pomocą Silhouette Cameo, poprzez wyszywanie ręczne na papierze, wycinanie malusieńkich elementów za pomocą Pix Scan (również dzięki Silhouette Cameo), a na napisach ręcznych kończąc. Samo zdjęcie było zrobione w tzw. Pałacu Letnim w Pekinie, jest to olbrzymia rezydencja i trudno nawet na europejskie warunki przetłumaczyć to jako pałac, bo to jest ogromny teren. Zresztą osobny wpis o Chinach i mojej opinii na pewno jeszcze na blogu zobaczycie. A tym czasem zapraszam Was do obejrzenia filmiku, który znajdziecie na moim kanale

A poniżej kilka zdjęć z Pałacu Letniego w Pekinie.

IMG_1617.jpgIMG_1611.jpgIMG_1614.jpgIMG_1608.jpgIMG_1589.jpg

 

Instagram · Koszty · Lwów · Podróże · Przemyślenia · Turystyka · Ukraina · Wakacje · Wyjazdy

Czy warto jeździć tam gdzie dla nas tanio?

W końcu zebrałam się na odwagę, żeby napisać coś o moich różnych przemyśleniach. Często je mam pod wpływem czegoś np. filmu, zdjęcia, zachowania, czegokolwiek. Zdarza się to u mnie praktycznie non stop i dlatego mam niekończące się wrażenie, że w mojej głowie przemyślenia się kotłują. A może by tak się nimi podzielić?
 

Calkiem niedawno obserwowana przeze mnie aniamaluje zamieściła takie zdjęcie na Instagramie: tutaj

Pod nim dodała komentarz, który możecie pod zdjęciem przeczytać. Co mnie zaintrygowało to zdanie: „Dla przykładu – życzęe wszystkim dobrze, ale świat w którym minimalna na Ukrainie to jakieś 50 euro miesięcznie jest mi wyjątkowo na rękę. Bo tanio. Więc życzę wszystkim dobrze, czy może jest mi dobrze kiedy innym jest źle?” Zresztą najlepiej przeczytajcie całość i komentarze również (w tym mój!)

 

Opowiastka z czasów dawnych, bardzo dawnych

 

Ja też byłam we Lwowie, co prawda było to jak dobrze umiejscawiam w czasie, w 2005 roku, więc już ponad 12 lat temu. Myślę, że sporo od tego czasu mogło się zmienić. Jednak wtedy relacja cen na Ukrainie do cen polskich też była dla nas bardzo na korzyść. Nawet przy bardzo, bardzo skromnym budżecie studenckim nie myślałam za bardzo gdzie chodzę zjeść czy ile będzie kosztował gdzieś wstęp. Wtedy mi to bardzo pasowało i przypuszczam, że teraz też by to było super. Bo jednak łatwiej jest nie zastanawiać się co chwilę czy mogę sobie pozwolić na obiad w takiej restauracji czy jednak szukać jakiejś budki z tanim jedzeniem. Ja akurat będąc tam, miałam okazję również poznać studentów z politechniki we Lwowie i z nimi rozmawiać na różne tematy. Zadziwiające były dla nas sytuacje, kiedy chcieliśmy wejść na Cmentarz Łyczakowski, a nasi koledzy powiedzieli, że wstęp jest drogi i nie chcą tyle płacić. Bardzo podobna sytuacja miała miejsce przy okazji wieczornego wejścia do klubu. Już nie pamiętam dokładnie cen (było to zbyt dawno), natomiast dla mnie wydawało się to groszowym kosztem, a dla nich mogło to być dość sporym wydatkiem. Obecnie wartość waluty ukraińskiej bardzo spadła, dlatego ceny dla Polaków są bardzo atrakcyjne. Niestety im dla nas taniej, tym gorsza sytuacja finansowa mieszkańców. Na tym niestety polegają problemy z kursami walut. Wszystko co jest sprowadzane na Ukraine będzie kosztować i tak tyle samo co na tzw. zachodzie. Różnica polega na tym, że człowiek który chce kupić sobie iphona w powiedzmy Szwecji będzie musiał pracować na niego może kilka dni, a jego odpowiednik na Ukrainie np. parę miesięcy. Znana jest nam ta różnica, bo w Polsce też trochę dłużej trzeba się natrudzić niż w Szwecji, ale jednak krócej niż na Ukrainie.

 

Współczuć i zostać w domu? Czy jechać i wspierać lokalną turystykę?

 

Wtedy właśnie pojawia się pytanie czy to dobrze, że tak chętnie jedziemy tam gdzie dla nas tanio, ale trochę przykro nam się robi jak się dowiadujemy jakie zarobki mają mieszkańcy danego kraju. W sumie dzięki turystyce część osób jest w stanie zarobić lokalnie i to jest na pewno dobre, bo dlaczego tego nie wspierać. Nawet idąc tym tokiem rozumowania dalej, firmy zagraniczne, które zatrudniają ludzi na miejscu wcale też nie są aż takie złe, jak to zwykle media przedstawiają. Dzięki takim czy innym pracodawcom są miejsca pracy. Trochę w temacie polecam do przeczytania książkę, reportaż „Tytul, tytul” o szwalniach w Bangladeszu, gdzie jest poruszona między innymi kwestia tworzenia miejsc pracy. Niezbyt gruba, bardzo ciekawie napisana, relacja z miejsca owianego tyloma opowieściami, mitami. Po jej przeczytaniu to dopiero dużo miałam przemyśleń.

 

Przeprawa przez granicę, tego przeżycia nie da się wymazać z pamięci

 

Dodatkowo jeszcze wracając do tematu Ukrainy, ta wycieczka mi tak bardzo zapadła w pamięć, bo samą podróż odbywałam na kilka etapów. Najpierw pociągiem do Przemyśla, później autobusem albo busem do granicy, następnie przejście na piechotę przez granicę. I to był mój pierwszy styk z Ukrainą. Jeszcze po polskiej stronie na targu, gdzie tak bardzo dużo osób miało na sprzedaż papierosy oraz alkohol. Nie wiem czy nadal taki targ istnieje, zapadł mi w pamięć na dobre. Następnie przesiadka na busa po stronie ukraińskiej, który wyglądał jak jeszcze z poprzedniej epoki, a dziury w drodze jak nigdzie indziej J Powrót do Polski, to dopiero była przygoda. Przejście na piechotę z powrotem, to była bardzo, bardzo długaśna kolejka ludzi (często tzw. mrówek), na dobrych kilka godzin. Na szczęście jak powiedzieliśmy strażnikowi, że jesteśmy studentami, to nas przepuścili na sam początek J co nie znaczy, że poszło gładko, bo celnikowi coś się nie spodobał mój paszport i musiałam poczekać na jakieś dodatkowe sprawdzanie. Eh. Co przeżyłam to moje, i jak widzicie bardzo zapadło mi w pamięć. Później te wielkie kontrasty, gdzie studenci, których poznałam niejednokrotnie lepiej byli ubrani od nas, mieli fajniejszy sprzęt, czy nawet samochody, a żal im było groszówek na wejsciówkę. Wiem, że to jest bardzo powierzchowna ocena, bo pewnie musiałabym spędzić z nimi sporo czasu, żeby może choć trochę zrozumieć jak to wygląda z ich strony.

 

Z perpektywy zachodniej

 

Na koniec mam jeszcze takie przemyślenie, że niekoniecznie to co nam się wydaje, że jest złe na pierwszy rzut oka, bo np. łatwą reką wydajemy pieniądze w miejscu, gdzie naprawdę długo trzeba się napracować, żeby tyle zarobić, to niekoniecznie jest tym złem. Dzięki temu ktoś ma pracę, może lokalnie się jakoś utrzymać. Wspieranie lokalnych inicjatyw i lokalnych biznesów jest dobre samo w sobie. I wiem, że to jest tak, że ludzie „zachodu” przyjeżdżają w różne miejsca i mówią o łamaniu różnych praw i innych takich (vide książka o Bangladeszu), a lokalni ludzie martwią się o to, czy będą mieli jeszcze pracę, bo jeśli nie, to niewiadomo co będą zmuszeni robić, żeby przeżyć.. I może jednak te wydane więcej w restauracji, czy większy napiwek dla kelnera niż nam się wydaje aż taki zły nie będzie 🙂

 

Album · Film · Przydatne stwory · Scrapbooking · Silhouette Cameo · Urlop · Wakacje · Zdjęcia

Zachowywanie wspomnień, czyli album z wakacji na Gran Canarii

Bardzo lubię zachowywać wspomnienia na wywołanych zdjęciach, które dodatkowo sobie ozdabiam różnymi drobnymi dodatkami, opisami, czy też jakimiś pamiątkami np. mapką lub ulotkami. Dlatego po naszym urlopie, który był w lutym bardzo chciałam zrobić album ze zdjęciami. W końcu mi się to udało, album jest bardzo prosty w formie, bo składa się tylko z 8 kart.

Czasem tak sobie myślę, że robienie albumów z wywołanymi zdjęciami jest tak bardzo old schoolowe. Zwłaszcza, że tych zdjęć robimy teraz tysiące, czy nawet setki tysięcy i często nawet zapomina nam się, jakie zdjęcia robiliśmy tydzień temu, nie mówiąc już o tym co było dawniej. Niby jesteśmy otoczeni takimi możliwościami, żeby zachowywać na przyszłość, to co się dzieje, jednak mam wrażenie, że to w otchłaniach dysków, Facebooka i Instagrama całkowicie ginie. Dlatego ja tak chętnie od czasu do czasu, jak mam lepsze zdjęcia lub jakiś pomysł, robię szybki album. Mam wrażenie, że fotografując wszystko, co się da, wspomnienia właściwie nie mają szans na to, żeby być zapamiętanymi na przyszłość. A ja jakoś jednak mam nadzieję, że może ktoś kiedyś będzie ciekawy tak za 100 lat, co ja robiłam, jak wyglądały jakieś ważne dla mnie wydarzenia.

album gran canaria

W ogóle podczas tego urlopu sporo nagrywaliśmy również filmików, i w pewnym momencie doszłam do wniosku, że czasem bardziej przywiązuję wagę do tego, co nagrać albo żeby na pewno ani centymetra krajobrazu na zdjęciach nie pominąć, zamiast tak po prostu napawać się otoczeniem. Zwykle właśnie z tego powodu staram się mieć trochę oddechu od jakiegokolwiek nagrywania i tak po prostu sobie pochodzić i pooglądać, to co ma dane miejsce mi do zaoferowania.

Podsumowując mój album możecie zobaczyć na filmiku na moim kanale, o tutaj.

A co Wy o tym myślicie? Lubicie w ogóle wywoływać zdjęcia, czy to raczej nie Wasza bajka?

 

 

Buty · inspiracje · Kursy online · Moda · Nauka · Polecam · Wakacje

Słomiana znalazła

Czyli, co mnie ostatnio zainspirowało

Wiem, wiem dużo inspiracji ogólnie w sieci i na blogach, ale jednak stwierdziłam, że może kogoś i ja jestem w stanie zainspirować. Mam tylko kilka pozycji, książki, miejsca w internecie czy buty. Zresztą zobaczcie sami czy ciekawych.

Pierwsza pozycja to książka Günthera Wallraffa „Z nowego wspanialego swiata”. Książka zwłaszcza w obliczu obecnych wydarzeń może okazać się niezmiernie ciekawą pozycją. Autor, który sam jest głównym „bohaterem”, przebiera się za różne postaci, żeby móc poznać świat z perspektywy tych ludzi. Zamiast relacji zwykłego dziennikarza pokazującego jakąś opinię, siedząc sobie wygodnie w swoim biurze, ale postanawia wczuć się w 100% w rolę. Na początek staje przed bardzo trudnym zadaniem, bo zamierza zobaczyć jak to jest być czarnoskórym mężczyzną w Niemczech.  Próbuje załatwiać zwykłe sprawy, np. wynająć mieszkanie, podjąć pracę czy nawiązywać kontakty podczas podróży. Wydarzenia oraz relacje i to co opisuje jak ludzie reagują są wręcz nie do uwierzenia. Poza tym postanawia sprawdzić jak wygląda życie bezdomnego, pracownika call center czy pracownika dużej piekarni. Dla mnie książka była jeszcze bardziej ciekawa, ponieważ mieszkam w Niemczech, więc mogę zobaczyć taką relację z innej perspektywy.

SONY DSC

Druga pozycja to również reportaż, pt. „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo” Marka Rabija. Autorem jest polski dziennikarz, który postanowił sprawdzić warunki pracowników i całej branży odzieżowej w Bangladeszu. Opowiedziane są historie różnych ludzi, i takich całkowicie przeciętnych, i tych w lepszej sytuacji i o tym co to w ogóle znaczy lepsza sytuacja w tamtejszych realiach. Jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy, że wszystko ma dokładnie dwie strony medalu i nic nie jest do końca białe albo czarne. Jeśli interesujecie się tematem mody, czy produkcji ubrań, to pozycja na pewno dla Was.

Jest Rudo to blog, na którym znajdziecie dużo ciekawych porad dotyczących fotografii, i to w dodatku pod kątem takiego amatorskiego robienia zdjęć, bez trudnych pojęć itd. Trafiłam na ten blog, bo szukałam po raz milionowy porad fotograficznych, a zwykłe kursy jakoś mnie odpychają. Jakoś nie wiem czemu, możliwe, że po prostu to moje lenistwo sprawia, że nie mam ochoty na poznawanie wszystkich bardzo szczegółowych pojęć dotyczących robienia zdjęć. Przecież na Iphonie nie zastanawiam się jaka przesłona czy czułość jest w danych warunkach odpowiednia. W każdym razie na tym blogu znajdziecie ciekawe i proste porady dotyczące fotografii.

I jeszcze jedno miejsce w sieci, na które trafiłam już dość dawno temu to: courseera. Jeśli szukacie bardzo wartościowych kursów online (te są akurat po angielsku, więc znajomość języka na raczej dość dobrym poziomie będzie niezbędna, żeby wziąć udział), prowadzonych przez pracowników różnych renomowanych uczelni takich jak np. Stanford University czy UCLA, to właśnie to miejsce dla Was. Znajdziecie tam listę kursów o różnej tematyce. Od kursów dotyczących branży IT, poprzez różne popularnonaukowe tematy, na psychologicznych bądź socjologicznych kończąc. Ja już jakiś czas temu wzięłam udział w kursie z tworzenia baz danych. I powiem Wam, że to doświadczenie było super. Kurs polegał na kilkunastu lekcjach, które były w formie filmików (prowadzący pokazywał lub tłumaczył dane zagadnienia), do każdego z nich był również przygotowany materiał, który można było sobie przerobić, a także były zadania do przerobienia. Dodatkowo zwykle tworzone jest forum, dla osób które akurat w kursie biorą udział i jest to bardzo pomocne, a w dodatku motywujące, jak widzicie ile innych osób też jest żądnych wiedzy i informacji.

SONY DSC

SONY DSC

Ostatnia moja inspiracja, to właściwie nie jest inspiracja, a bardziej rzecz warta polecenia. A są to buty. Buty marki Yokono. Jak byłam na urlopie na Gran Canarii, to kupiłam sobie sandałki na wysokim obcasie. Ale jakie to sandałki. Hiszpańskie, mega wygodne, chyba pierwsze letnie buty, który nie obtarły mnie przy pierwszym założeniu. Dodatkowo firma ta chwali się, że ekologiczne. Czy tak jest, można jedynie im zawierzyć, natomiast buty są super wygodne.  Jak będę tylko miała okazję, to kupię sobie jeszcze jakiś inny model.

To by było w sumie na tyle, jeśli chodzi o moje inspiracje. Mam nadzieję, że inspiracje będą się tu pojawiać od czasu do czasu, bo prawdę powiedziawszy jest bardzo dużo ciekawych rzeczy, które wpadają mi przed oczy lub w ręce, a którymi nigdy z nikim się nie dzielę.

A Was co inspiruje? Czytacie coś ciekawego? A może znacie jakieś ciekawe miejsca w sieci? Napiszcie w komentarzach, chętnie poczytam.

Film · Urlop · Wakacje

Gran Canaria w lutym?

Dzisiaj będzie coś, czego tu nigdy nie było. Mianowicie, tak jestem zachwycona moim zimowym pobytem na Gran Canarii, że postanowiłam się moimi wrażeniami podzielić na blogu.
 
Nie będzie to taka zwykła relacja z podróży, tego co widziałam czy co robiłam. Na początek chcę Wam zarysować, to jakie są moje wymagania urlopowe zwłaszcza w czasie zimowym, a że aż tak często na prawdziwy urlop nie ma okazji, to moja wiedza w tym temacie jest też trochę ograniczona.
 
Moje oczekiwania urlopowe w czasie zimowym:
Jak wybieram lokalizację na urlop w takim czasie jak teraz, to nikogo raczej nie zaskoczę, że pierwszą rzeczą, o której myślę, będzie słońce. Niestety w tym czasie nie zdecydowałabym się spędzić urlopu w Szwecji czy Norwegii (które zresztą uwielbiam).
Kolejne na co zwrócę uwagę to temperatura, powinno być ciepło, nie musi być to upał, bo bardzo nie lubię leżenia i opalania. Jednakże przyjemne 20 kilka stopni będzie naprawdę w porządku J
I jeszcze jedno jeśli gdzieś mam jechać tylko na tydzień (a tylko na tyle urlopu mogłam sobie pozwolić), to będę szukać lokalizacji w zasięgu lotu do 4 – 4,5 godziny.
Tym sposobem padło na Gran Canarię. Wyspa pod względem powierzchni jest dość duża, zwana jest też kontynentem w pigułce. Bo tak też jest. Są na niej i piękne plaże, szerokie wydmy, skaliste wybrzeża, wysokie góry, a mimo panujących przez cały rok wysokich temperatur jest zielono.
Jeśli chodzi o pogodę, to na bardzo słoneczną można liczyć na południu wyspy, gdzie zresztą zlokalizowane są wszystkie turystyczne kurorty. Natomiast im dalej na północ, tym pogoda raczej się pogarsza, w sensie na plażowanie nie ma co liczyć.
Bardzo dobrym pomysłem jest wypożyczenie samochodu na czas urlopu, drogi na wyspie są bardzo dobrej jakości, w ogóle cała infrastruktura robi wrażenie. A dodatkowo jak poszukujecie adrenaliny, to przejażdżki niektórymi drogami na pewno jej sporo dostarczą, mając z jednej strony zakręty o kształcie agrafki, a z drugiej urwisko. Co ciekawe lokalsi tamtymi drogami całkiem szybko jeżdżą i pewnie denerwują się na turystów, którzy im spowalniają drogę J
 
Złożyłam także krótki filmik z naszego całego pobytu na Gran Canarii, który możecie zobaczyć na moim kanale. Do czego oczywiście zachęcam.
Na wyspie na pewno warto zobaczyć wydmy w Maspalomas.
SONY DSC
Wydmy Maspalomas

SONY DSC

 
Kolejne miejsce to Puerto de las Nieves. My trafiliśmy tam trochę przez przypadek, ale jednak było warto. Jest to taki mały port, gdzie przypływa prom, a poza tym jest przepiękny widok na ocean oraz górskie klify. W czasie gdy my tam dotarliśmy zaczynało padać, a mi te chmury zawieszone na górach robiły dodatkowo niesamowity efekt.
SONY DSC
Zawieszone chmury na górach

SONY DSC

Z turystycznych miejscówek na pewno warto wybrać się, żeby chociaż zobaczyć Playa de Amadores. Sama miejscowość zlokalizowana jest w wąwozie, których na wyspie jest bardzo dużo.
SONY DSC
Playa de Amadores z hotelami w skałach

SONY DSC

Jednak oprócz typowo przewodnikowych miejsc warto pojechać też w góry. Przedzierając się przez drogi z serpentynami, z przepięknymi krajobrazami wokół, warto pojechać do Tenteniguada, a dalej do San Mateo. My dotarliśmy tam trasą GC-41. W pierwszej miejscowości chcieliśmy się wybrać na wędrówkę pieszą w góry, jednak dość sporo czasu nam zeszło na rozeznaniu czy w ogóle w okolicy jakieś szlaki istnieją. Okazuje się, że i owszem tak, ale dowiedzieliśmy się o tym po fakcie. Problemem okazała się przede wszystkim bariera językowa. Brak znajomości hiszpańskiego w takich malutkich miejscowościach jednak daje się we znaki. Ludzie tam po prostu żyją swoim dość wolnym tempem i raczej nie w głowie im nauka języków. Jednak spragnieni wędrowania pojechaliśmy od Tenteniguady dalej drogą GC-41 do San Mateo. To miejsce już wyglądało na całkiem większą mieścinę, położone pomiędzy górami. Część miasteczka leży w dolinie, część na stromych brzegach gór. Naprawdę podziwiam tam kierowców! To właśnie tam można zrobić sobie krótszą lub dłuższą wędrówkę, najpierw przez teren jeszcze zamieszkany, a później przez las i zbocza gór. Dodatkowo po samym centrum miasteczka też warto pochodzić, bo jest tam zachowana starówka, a dodatkowo tzw. balkon widokowy. Okolica jest przepiękna, w okresie zimowym jest praktycznie wolna od turystycznych tłumów. To jest to, co można uznać za super zwiedzanie.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Kolejne miejsce, częściej wymieniane w przewodnikach to Firgas. Warto je odwiedzić, bo miasteczko też jest położone na terenie górzystym. Dodatkowo, chyba żeby przyciągnąć turystów, stworzono tam z kafelek oraz rzeźb obrazy wszystkich Wysp Kanaryjskich. I chyba był to ciekawy i moim zdaniem bardzo udany zabieg miasta, w walce o turystów. Ja chodziłam tam pełna zachwytu, bo mogłam w jednym miejscu zobaczyć jak bardzo zróżnicowane są wszystkie wyspy, porównać ilość mieszkańców czy powierzchnię każdej z nich. Poza tym warto się też przejść tak po prostu uliczkami, zabudowa jest dość stara i taka czasem nawet eklektyczna, wymieszana. Poza tym rozciąga się stamtąd też przepiękny widok aż do Las Palmas.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

 
Na trasie z Firgas w kierunku na Las Palmas mija się także większe miasto, czyli Arucas. Tu już nie znajdziecie tego uroku malutkich miejscowości. Jednak warto też przyjechać, bo spośród budynków o przeciętnej wysokości tak do 4, 5ciu pięter wyłania się stara katedra.

SONY DSC

SONY DSC

 
Samą stolicę z całą pewnością też warto zobaczyć, przynajmniej tak wynika z mojego rozeznania. Nam udało się tylko dotrzeć do La Isleta, czyli najbardziej na północ wysuniętego cypla, który należy do Las Palmas. Stamtąd rozciąga się super widok na miasto. Zwiedzanie samej stolicy zostawiliśmy sobie na czas późniejszy i niestety pogoda w ostatnim dniu nas zawiodła.

SONY DSC

SONY DSC

Podsumowując wyspę na pewno warto zobaczyć, będzie i dobrym miejscem na urlop z opalaniem i spędzaniem czasu na plaży jak i dla osób, które potrzebują trochę innych wrażeń, bo jest tam dużo do zobaczenia. A jeśli ktoś także np. lubi jeździć na rowerze bądź wędrówki górskie, to miejsce stanowczo dla niego.
Ja ze swojej strony serdecznie polecam. A co wy myslicie o takim zimowym urlopie?