Chiny · Podróże · Przemyślenia · Turystyka · Urlop · Wakacje · Wyjazdy

Moje wrażenia po pobycie w Chinach

Jakiś czas temu byłam na wakacjach w Chinach. Już to samo wyrażenie brzmi dość ciekawie, bo chyba nie była to pierwsza myśl, jeśli chodzi o kierunek wakacyjny, a jednak tak się złożyło, że właśnie do Państwa Środka się wybrałam.

Może zacznę od tego, że nie nastawiałam się jakoś super na ten wyjazd, wiedziałam, że będzie bardzo inaczej niż w Europie, że mogę spodziewać się dużego zanieczyszczenia środowiska od powietrza poprzez wodę, no i wiadomo… bardzo dużo ludzi.

Spędziłam najpierw około tygodnia w Szanghaju, po czym na kilka dni udałam się na wycieczkę do Pekinu i na Wielki Mur Chiński, by ponownie powrócić do Szanghaju. Mimo, że byłam przygotowana na 3 powyższe to i tak zaskoczyła mnie ilość ludzi i gigantyczność miasta. Jak podróżuję po Europie, to bardzo często, zwłaszcza w bardzo turystycznych miejscach można usłyszeć różne języki, zobaczyć ludzi z całego świata. W przypadku chińskich atrakcji sytuacja przedstawia się całkowicie inaczej. Występuje stosunek 90 do 10 %, tzn. 90% stanowią turyści chińscy, a reszta to obcokrajowcy. Zresztą nie ma się co dziwić. W Chińskiej Republice Ludowej (dane wg Wikipedii) mieszka aktualnie ponad 1,3 miliarda ludzi. Więc jak założymy, że tylko 1% osób jest aktualnie turystami (a na bank jest ich więcej), to już wychodzi liczba 13 milionów. Niesamowite! W ogóle liczby ludzi są niesamowite! Np. dowiedziałam się, że w Pekinie jest limit dzienny na wpuszczanie osób do Zakazanego Miasta (jedna z głównych atrakcji turystycznych), który wynosi 80 tysięcy osób na dzień. Jak zostanie przekroczony, to następuje wstrzymanie sprzedaży biletów. Nie wiem jak dla Was, ale na mnie te liczby są wręcz niewyobrażalne. Jak już weszliśmy do Zakazanego Miasta, to też zobaczyłam na własne oczy ile to jest dużo ludzi. W takim miejscu można zapomnieć o czymś takim jak zrobienie sobie zdjęcia bez innych osób w tle, obok, na pierwszym, drugim, ostatnim planie. Tak samo ilość osób odczuwa się w metrze. Jest dość mocno zatłoczone, a do tego jeszcze pojawiają się komunikaty głosowe o tym, żeby się przygotować już jedną stację wcześniej do wysiadania, bo dane stacje są tak bardzo zatłoczone. Do tego wszyscy się przepychają i raczej trzeba powalczyć, żeby wysiąść albo wsiąść do pociągu.

Co mnie bardzo też zdziwiło i to bezpośrednio wiąże się z ilością osób, że mimo, że np. jest ulewny deszcz, woda leje się strumieniem, to i tak w atrakcjach turystycznych będzie dużo Chińczyków. My akurat jechaliśmy do Disneylandu. Akurat na ten dzień zapowiedziany był deszcz (a w Szanghaju jest też chyba pora deszczowa), i ulewa była. Więc myślałam, że będzie tam mało ludzi. Może było mniej niż zwykle, ale nadal bardzo, bardzo dużo, tak że trzeba było dość długo czekać na wejście na różne atrakcje, kolejki itp. Poza tym cały czas miałam wrażenie, że miasto nigdy się nie kończy. Owszem w centrum są najwyższe drapacze chmur (łącznie z drugim najwyższym na świecie) i jest ich dużo. Ale miasto nie wygląda tak jak amerykańskie miasta z wieżowcami w samym centrum i morzem osiedli domków. Miasto Szanghaj to bardzo wysokie budynki w centrum, a poza tym morze wieżowców, które wcale niskie nie są, tak na oko wyglądają przeciętnie na 25-cio, 30stopiętrowe. I do tego ciągle budują nowe osiedla takich wieżowców!

Z pozytywnych rzeczy to zdziwiło mnie jeszcze to, że mają bardzo dużo bardzo nowoczesnych rozwiązań. Np. w metrze są wszędzie takie dodatkowe szyby na peronach, zabezpieczające żeby nikt nie wleciał przypadkiem na tory. Można u nich płacić za pomocą telefonu np. przez WeChat albo AliPay. WeChat to poza tym osobny temat. Jest to taki ulepszony Facebook i Instagram i Twitter w jednym. Te trzy są w Chinach zablokowane, więc musieli sobie sami poradzić, a że zrobili dodatkowo usprawnienie to plus dla nich.

Ach żeby nie było, że tych pozytywów tak mało, to serio mi się tam całkiem podobało, po prostu potrzeba odpowiedniego nastawienia i można chłonąć wrażenia.

Jedzenie też mnie zaskoczyło i to bardzo, przede wszystkim tym, że to co chińskie jedzenie, to całkowicie co innego niż to co sobie wyobrażałam w wersji europejskiej. Ale o tym może innym razem trochę więcej napiszę, bo chyba warto.

No jest też temat, którego ominąć się nie da, czyli zanieczyszczenie środowiska. To co napiszę, to tylko i wyłącznie moje obserwacje oraz trochę tego co sobie z różnych internetowych źródeł poczytałam. Jak tylko ląduje się w Chinach, to już widać smog. Latając po Europie z samolotu przeważnie widać lasy, pola, łąki, no i miasta, ale wszystko widać wyraźnie. W Chinach widać przede wszystkim takie szarawe lub brązowawe pola, jakieś fabryki, bloki, budynki (niby to samo), ale bardzo niewyraźnie, tak jakby wyblakły wszystkie kolory. Jak przyleciałam do Szanghaju to poziom zanieczyszczenia był akurat dobry, więc skąd ten smog tam u góry czy na dole? Niewiadomo. Poza tym cały czas ma się wrażenie, że horyzont jest taki niewyraźny. Popatrzcie zresztą na zdjęcie.

Nie wiem, może to tylko sugestia, że to powietrze takie zanieczyszczone, może taki mają klimat 😉 W każdym razie jak dla mnie to po prostu widać, także w dni „zdrowego” poziomu zanieczyszczeń. W dzień kiedy wszelkie normy zostały przekroczone widać było już bardzo niewiele, horyzont się bardzo zatarł, a widok z najwyższego budynku, czyli Shanghai Tower byl jak to wtedy okresliłam „chiński”. Dopiero po zmroku widać było trochę olbrzymie miasto. No ale zanieczyszczone niestety nie jest tylko powietrze. Zanieczyszczone są rownież wszelkie wody, w rzekach, stawach, jeziorach. Zresztą dawno temu na geografii się o tym już uczyłam, i temat jest niestety aktualny. Czy to widać? Niestety tak. Przekonałam się o tym, jak poszłam się przejść do pobliskiego parku (takiego kompletnie poza centrum miasta). Na pierwszy rzut oka park prezentował się bardzo ładnie. Piękne kompozycje z krzewów i kwiatów, przejścia, mostki. Jednak jak tylko podeszłam do rzeczki, nad która ten park został zrobiony, to aż mnie odrzuciło. Zawsze sobie wyobrazałam, że zanieczyszczenie rzek wygląda tak, że woda ma wygląd bardziej brązowy, trochę jak błoto. Ale to nie to.Tą rzeczką płynęło wszystko co sobie możecie wyobrazić. Nie będę tu się rozpisywać, jednak robi to wrażenie przerażające. Dlatego nic dziwnego, że w hotelach zawsze macie wodę w butelkach w łazience (jest ona przeznaczona do płukania zębów, wodą z kranu nie wolno w ogóle płukać zębów, ani tym bardziej jej pić!). Podobno hotele także robią ponowną filtrację wody. Ja się wtedy zaczęłam tylko zastanawiać jak tyle milionów ludzi (24 miliony wg Wikipedii) tam na codzień funkcjonuje. Nie wiem jak Chińczycy, pewnie różnie, ale na forach obcokrajowców w Szanghaju wyczytałam, że po prostu trzeba sobie zamówić serwis z wodą butelkowaną z dowozem do domu. Od mojej przechadzki po parku i patrzenia na rzeczkę, ani razu więcej nie przyglądałam się już wodzie! Tzn. w Palacu Letnim i Zakazanym Mieście w Pekinie widziałam wodę, nie wyglądała super czysto, ale też nie aż tak odrażająco. Jednak są to bardzo turystyczne miejsca i pewnie dlatego sytuacja wygląda nieco lepiej. Co w ogóle ciekawe, to w Chinach jest naprawdę bardzo dużo (to w końcu 3ci kraj pod względem powierzchni na świecie) przepięknych terenów. Jednak widać, że tak duże skupiska ludności (albo dosadniej określając przeludnienie) mogą mieć fatalne skutki, jak zanieczyszczenie wszystkich wód i powietrza.

 

 

 

Ogólnie to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona wycieczką do Chin. Wiadomo zanieczyszczenia byłam świadoma wcześniej, choć i tak niesmak pozostał. Pobyt w Pekinie i Szanhaju uznaję za bardzo udany i możliwe, że nawet chętnie powróciłabym jeszcze raz, żeby zobaczyć trochę więcej. Poza tym warto przekonać się na własne oczy i uszy czym jest chaos w wydaniu chińskim, który jakoś funkcjonuje, z klaksonem, hałasem, gdzie pieszy nie ma ani trochę pierwszeństwa ani na zielonym, ani na pasach, z luksusowymi samochodami na ulicach i jednocześnie nieczystością rzek i powietrza, a co ciekawe z bardzo czystymi chodnikami. Gdzie w tle górują super wysokie drapacze chmur, które mają pokazać, że miasto jest bardzo nowoczesne, jednocześnie których często nie dojrzycie za dokładnie, bo schowają się za mgłą (…smogiem).

A jak są w telewizji programy o wizji mega metropolii w przyszłości, to nie ma chyba sensu sobie ich wyobrażać, wystarczy wycieczka do Szanghaju.

Reklamy
Buty · inspiracje · Kursy online · Moda · Nauka · Polecam · Wakacje

Słomiana znalazła

Czyli, co mnie ostatnio zainspirowało

Wiem, wiem dużo inspiracji ogólnie w sieci i na blogach, ale jednak stwierdziłam, że może kogoś i ja jestem w stanie zainspirować. Mam tylko kilka pozycji, książki, miejsca w internecie czy buty. Zresztą zobaczcie sami czy ciekawych.

Pierwsza pozycja to książka Günthera Wallraffa „Z nowego wspanialego swiata”. Książka zwłaszcza w obliczu obecnych wydarzeń może okazać się niezmiernie ciekawą pozycją. Autor, który sam jest głównym „bohaterem”, przebiera się za różne postaci, żeby móc poznać świat z perspektywy tych ludzi. Zamiast relacji zwykłego dziennikarza pokazującego jakąś opinię, siedząc sobie wygodnie w swoim biurze, ale postanawia wczuć się w 100% w rolę. Na początek staje przed bardzo trudnym zadaniem, bo zamierza zobaczyć jak to jest być czarnoskórym mężczyzną w Niemczech.  Próbuje załatwiać zwykłe sprawy, np. wynająć mieszkanie, podjąć pracę czy nawiązywać kontakty podczas podróży. Wydarzenia oraz relacje i to co opisuje jak ludzie reagują są wręcz nie do uwierzenia. Poza tym postanawia sprawdzić jak wygląda życie bezdomnego, pracownika call center czy pracownika dużej piekarni. Dla mnie książka była jeszcze bardziej ciekawa, ponieważ mieszkam w Niemczech, więc mogę zobaczyć taką relację z innej perspektywy.

SONY DSC

Druga pozycja to również reportaż, pt. „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo” Marka Rabija. Autorem jest polski dziennikarz, który postanowił sprawdzić warunki pracowników i całej branży odzieżowej w Bangladeszu. Opowiedziane są historie różnych ludzi, i takich całkowicie przeciętnych, i tych w lepszej sytuacji i o tym co to w ogóle znaczy lepsza sytuacja w tamtejszych realiach. Jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy, że wszystko ma dokładnie dwie strony medalu i nic nie jest do końca białe albo czarne. Jeśli interesujecie się tematem mody, czy produkcji ubrań, to pozycja na pewno dla Was.

Jest Rudo to blog, na którym znajdziecie dużo ciekawych porad dotyczących fotografii, i to w dodatku pod kątem takiego amatorskiego robienia zdjęć, bez trudnych pojęć itd. Trafiłam na ten blog, bo szukałam po raz milionowy porad fotograficznych, a zwykłe kursy jakoś mnie odpychają. Jakoś nie wiem czemu, możliwe, że po prostu to moje lenistwo sprawia, że nie mam ochoty na poznawanie wszystkich bardzo szczegółowych pojęć dotyczących robienia zdjęć. Przecież na Iphonie nie zastanawiam się jaka przesłona czy czułość jest w danych warunkach odpowiednia. W każdym razie na tym blogu znajdziecie ciekawe i proste porady dotyczące fotografii.

I jeszcze jedno miejsce w sieci, na które trafiłam już dość dawno temu to: courseera. Jeśli szukacie bardzo wartościowych kursów online (te są akurat po angielsku, więc znajomość języka na raczej dość dobrym poziomie będzie niezbędna, żeby wziąć udział), prowadzonych przez pracowników różnych renomowanych uczelni takich jak np. Stanford University czy UCLA, to właśnie to miejsce dla Was. Znajdziecie tam listę kursów o różnej tematyce. Od kursów dotyczących branży IT, poprzez różne popularnonaukowe tematy, na psychologicznych bądź socjologicznych kończąc. Ja już jakiś czas temu wzięłam udział w kursie z tworzenia baz danych. I powiem Wam, że to doświadczenie było super. Kurs polegał na kilkunastu lekcjach, które były w formie filmików (prowadzący pokazywał lub tłumaczył dane zagadnienia), do każdego z nich był również przygotowany materiał, który można było sobie przerobić, a także były zadania do przerobienia. Dodatkowo zwykle tworzone jest forum, dla osób które akurat w kursie biorą udział i jest to bardzo pomocne, a w dodatku motywujące, jak widzicie ile innych osób też jest żądnych wiedzy i informacji.

SONY DSC

SONY DSC

Ostatnia moja inspiracja, to właściwie nie jest inspiracja, a bardziej rzecz warta polecenia. A są to buty. Buty marki Yokono. Jak byłam na urlopie na Gran Canarii, to kupiłam sobie sandałki na wysokim obcasie. Ale jakie to sandałki. Hiszpańskie, mega wygodne, chyba pierwsze letnie buty, który nie obtarły mnie przy pierwszym założeniu. Dodatkowo firma ta chwali się, że ekologiczne. Czy tak jest, można jedynie im zawierzyć, natomiast buty są super wygodne.  Jak będę tylko miała okazję, to kupię sobie jeszcze jakiś inny model.

To by było w sumie na tyle, jeśli chodzi o moje inspiracje. Mam nadzieję, że inspiracje będą się tu pojawiać od czasu do czasu, bo prawdę powiedziawszy jest bardzo dużo ciekawych rzeczy, które wpadają mi przed oczy lub w ręce, a którymi nigdy z nikim się nie dzielę.

A Was co inspiruje? Czytacie coś ciekawego? A może znacie jakieś ciekawe miejsca w sieci? Napiszcie w komentarzach, chętnie poczytam.